Styl życia

Dramat dzieci w zamkniętych ośrodkach dla uchodźców. "Myślałam, że umrę i niczego już więcej nie zobaczę"

Styl życia

Autor:
Adam
Barabasz
Reporter:
Miłka Fijałkowska
Los dzieci w ośrodkach strzeżonych dla cudzoziemców
Los dzieci w ośrodkach strzeżonych dla cudzoziemców Dzień Dobry TVN
wideo 2/6

Kryzys humanitarny na granicy polsko-białoruskiej trwa już 8 miesięcy. 14-letnia Tibia Almashakheel w odpowiedzi na nieludzkie warunki w zamkniętym ośrodku uchodźczym rozpoczęła strajk głodowy. O horrorze życia na granicy opowiedziała w towarzystwie rodziny oraz aktywisty Mariusza Kurnyty.

Protest głodowy nastolatki z Iraku

Sąd w Hajnówce orzekł, że nielegalne wywózki i wypychanie za granicę osób poszukujących ochrony w Polsce są nielegalne. To przełomowy wyrok, który rzuca nowe światło na sytuację osób na polsko-białoruskiej granicy, uznając ją nie tylko a niehumanitarną, ale także niezgodną z prawem.

W czasie, gdy sędziów zajmowały kwestie legislacyjne, w ośrodkach dla uchodźców i przygranicznych lasach rozgrywał się ludzki dramat. Jego najlepszym dowodem był list 14-letniej Tibii, który opublikowała "Gazeta Wyborcza". Pochodząca z Iraku nastolatka opowiedziała w nim o koszmarze wojny w swojej ojczyźnie, uciecze z kraju, doświadczeniach na granicy i pobycie w zamkniętym ośrodku dla uchodźców. Dziewczynka rozpoczęła strajk głodowy, domagając się wolności.

- Kiedy miałam ataki padaczki myślałam, że umrę w tym ośrodku i nigdy więcej niczego nie zrobię i nie zobaczę. Zdecydowałam, że podejmę strajk i nie będę jadła - tłumaczyła Tibia. - Chciałam, żeby dotarło do Polaków, że jestem dzieckiem i w tym miejscu nie da się żyć - podkreśliła.

Jej protestowi towarzyszył list napisany wspólnie z siostrą.

Nazywam się Tiba Atheer Kallas. Mam 14 lat. Na początku tego listu chciałabym opowiedzieć Wam o moich marzeniach i prosić Was, społeczeństwo Polski, a także społeczeństwo Europy, by osądziło moją zbrodnię, w wyniku której zostałam zamknięta z rodziną w więzieniu. (…) Miałam osiem lat, gdy skończyłam lekcje i usłyszałam dźwięk śmierci. U drzwi szkoły był wybuch, w którym nie zginęłam, bo zostałam z przyjaciółkami trochę dłużej na korytarzu. Wyszłam z budynku, gdy zobaczyłam ciała moich przyjaciół, byli cali we krwi. Jeden chłopiec był tak okaleczony, że z trudem go rozpoznałam. (…) Szliśmy w kompletnej ciemności. Ciała moich braciszków były jakby martwe, oni żyli, ale nie do końca. Było tak zimno, tak strasznie zimno. (…) Gdy zobaczyłam ten budynek, zrozumiałam, że idę do więzienia. To nie był ośrodek dla uchodźców. Straż i kamery były wszędzie

W reportażu Miłki Fijałkowskiej siostra Tibii, Zainab, wróciła wspomnieniami do dramatycznych przeżyć z Iraku. Szczególnie wstrząsająca była opowieść o jej dwóch koleżankach, które zostały zabite podczas wspólnego powrotu do szkoły. Po ucieczce z kraju czekała na nią kolejna trauma.

 - Najgorsze, co przeżyliśmy na granicy, to kiedy puszczali za nami psy - powiedziała. - Nigdy tego nie zapomnę, te psy były duże, bardzo duże - dodała.

Tibia również wspomina ścigające jej rodzinę psy oraz moment, w którym białoruscy żołnierze przyłożyli jej klęczącemu ojcu pistolet do głowy. Ostatecznie rodzinie udało się przedostać do Polski, gdzie trafili do zamkniętego ośrodka. Ayam Almayyahi, matka dzieci, porównała miejsce do więzienia, którego nie można było opuszczać nawet dzieciom.  

Koszmar dzieci w zamkniętych ośrodkach

Kryzys humanitarny na granicy polsko-białoruskiej trwa
Kryzys humanitarny na granicy polsko-białoruskiej trwa Źródło: Dzień Dobry TVN

Obecnie w zamkniętych ośrodkach dla uchodźców przebywa ok. 400 dzieci. Psychologowie alarmują, że odizolowane od świata, przechodzą w tryb przetrwania, co automatycznie hamuje ich rozwój. Ojciec Tibii i Zainab zdradził również, jak wyglądała droga rodziny na Białoruś. W jego historii również pojawiają się agresywne psy.

- Podróżowaliśmy przez Rosję, wcześniej, tranzytem przez Dubaj - opisywał przeprawę. - Na Białorusi wzięliśmy taksówkę i dojechaliśmy do strefy granicznej. Chcieliśmy przejść na drugą stronę, ale były trudności ze strony wojska białoruskiego i pograniczników, którzy napadali na rodziny, dzieci, szczuli nas psami policyjnymi. Byłem roztrzęsiony, mam czwórkę dzieci, byliśmy w godnym pożałowania stanie. Przez miesiąc błąkaliśmy się po lesie, próbując przedostać się na polską stronę. Wielokrotnie przepychano nas za granicę. Chciałem uratować rodzinę z tego dramatu. Białorusini nas bili - relacjonował.

W końcu trafili do ośrodka dla uchodźców. Tam inicjatywę przejęły dzieci i powstał list, o którym usłyszała cała Polska. Mariusz Kurnyta na co dzień pomaga na granicy. Doskonale wie, że los tej rodziny, choć przerażający, to nie jest wyjątkowy.

- Jedyną szansą jest nagłaśnianie ich historii - stwierdził aktywista. - Trzeba zmotywować ludzi, posłów, media - podsumowuje.

Nie oglądałeś Dzień Dobry TVN na antenie? Pełne odcinki zobaczysz na Player.pl.

Jesteśmy serwisem kobiecym i tworzymy dla Was treści związane ze stylem życia. Pamiętamy jednak o sytuacji w Ukrainie.  Chcesz pomóc? Sprawdź, co możesz zrobić. Pomoc. Informacje. Porady.

Zobacz także:

Autor:Adam Barabasz

Reporter: Miłka Fijałkowska

Źródło zdjęcia głównego: Jerzy Dudek / East News

Tagi:
Prowadzący:
Tagi:
Prowadzący:
Pozostałe wiadomości