Gwiazdy

Mateusz Hładki jako jeden z pierwszych dziennikarzy informował o katastrofie smoleńskiej. "To był dzień wielkiej próby"

Gwiazdy

Tomasz Urbanek/East News

W dniu 11. rocznicy katastrofy smoleńskiej Mateusz Hładki opublikował w mediach społecznościowych wideo z 10 kwietnia 2010 roku. Na nagraniu widzimy, jak prowadzi specjalne wydanie serwisu informacyjnego. Zapytaliśmy dziennikarza, jak wspomina tamten tragiczny dzień. Jaka była jego reakcja, gdy dowiedział się o tym, co wydarzyło się pod Smoleńskiem?

Katastrofa smoleńska we wspomnieniach Mateusza Hładkiego

Na facebookowym profilu Mateusza Hładkiego pojawiło się wideo sprzed 11 lat. Dziennikarz był wtedy prezenterem "Wiadomości". Podczas prowadzonego przez niego wydania łączył się m.in. z Piotrem Kraśko, który był wtedy w Smoleńsku.

- Pamiętam ten dzień bardzo dobrze. To była sobota i ramówka programu pierwszego Telewizji Polskiej normalnie wyglądała tak, że było wydanie "Wiadomości" o godz. 8, później o 13, a następnie o 19:30. Pamiętam bardzo dobrze, jak z wydawcą Bogdanem Ulką rozmawialiśmy, że w zasadzie niewiele tego dnia się dzieje, więc dobrze, że przed nami jest transmisja uroczystości w Katyniu, bo dzięki temu będziemy mieć dużo więcej do zrobienia do wydania na godz. 13. Wcześniej zapowiedzieliśmy tylko, że uroczystości się odbędą, delegacja wyruszyła, samolot jest w drodze. To poranne wydanie miało 10 minut, a później poszliśmy do stołówki, żeby zjeść śniadanie. Jedząc je, doszła do nas informacja, że pojawiła się korespondencja, którą nadał Wiktor Bater z Polsatu. Wynikało z niej, że samolot się rozbił i nie ma pewności, czy zginęli wszyscy. Nikt nie wiedział, co się dzieje, ale niemal natychmiast zapadła decyzja, że zmienia się cała ramówka i Jedynka staje się teraz kanałem informacyjnym, a my mamy szykować wydanie "Wiadomości" co godzinę. Pamiętam, że przy tym pierwszym specjalnym wydaniu, bodajże o godz. 9:30, wiedzieliśmy, jak zaczynamy, ale nie wiedzieliśmy, jak je skończymy – wspomina Hładki.

W chwili, w której doszło do katastrofy, na miejscu było kilkudziesięciu polskich dziennikarzy z niemal wszystkich stacji telewizyjnych i radiowych. Relacjonowano wszystko na bieżąco, ale ze względu na ogrom tragedii wypływający z tego wydarzenia, trzeba było ważyć słowa i wszystkie docierające ze Smoleńska informacje dokładnie sprawdzać.

- T o był okres próby dla dziennikarzy z dwóch powodów. Po pierwsze, trzeba było bardzo uważać na to, co się mówi, bo spływające do nas informacje zaczęły być ze sobą sprzeczne. Do Smoleńska byli wysłani też montażyści i w momencie, gdy doszło do katastrofy, jeden z montażystów Telewizji Polskiej wziął taką małą kamerę turystyczną, podbiegł najbliżej, jak się dało do miejsca katastrofy i nagrał film, który trafił do sieci i było o nim później bardzo głośno. Było na nim słychać różne dźwięki i to wzbudzało wiele wątpliwości. Trzeba było uważać na to, w jaki sposób komentuje się te materiały. Pojawiło się pytanie – jak relacjonować taką katastrofę? Poza tym, że byłem wtedy prezenterem "Wiadomości", byłem też reporterem sejmowym i bardzo dużo osób, zarówno z prawej, jak i z lewej strony sceny politycznej, które były w tym samolocie, znałem. To byli posłowie, ministrowie, z którymi miałem na co dzień kontakt. Dziennikarze relacjonowali katastrofę, w której zginęli ludzie dobrze im znani. Niektóre prezenterki nie były w stanie nie uronić łzy na antenie. Pewną trudność w relacjonowaniu tego mieli też niektórzy reporterzy. Wejścia na żywo były trudne pod względem emocjonalnym – podkreśla Mateusz Hładki.

Mateusz Hładki: "Trzeba pamiętać, że słowa mają ogromną moc"

Sam Mateusz przez długi czas zachowywał kamienną twarz i dopiero po kilku dniach adrenalina go opuściła.

- To poczucie obowiązku było tak ogromne, że skupiałem się przede wszystkim na tym, żeby jak najbardziej wyważyć każde słowo, które pada na antenie i przemyśleć każde pytanie, które zadawane było reporterom tam na miejscu . To skupienie i adrenalina sprawiały, że traktowałem to bardziej jako pracę. Pracowałem w tym czasie przez kilka dni z rzędu, także w redakcji TVP Warszawa, i pamiętam, że dopiero po czterech czy pięciu dniach, gdy miałem wolne, poszedłem na spacer i na ogrodzeniu Łazienek Królewskich zobaczyłem wystawę zdjęć osób, które zginęły w katastrofie. Spojrzałem na nie i zobaczyłem m.in. zdjęcie Jolanty Szymanek-Deresz, Jerzego Szmajdzińskiego, Aleksandra Szczygło, Przemysława Gosiewskiego… dopiero wtedy do mnie dotarło, że tych ludzi już nie ma i zaczęły do mnie wracać wspomnienia z nimi związane – opowiada Hładki w rozmowie z dziendobrytvn.pl.

Jedno z tych wspomnień to nagranie na automatycznej sekretarce ówczesnego posła i jednego ze współzałożycieli partii PiS, Przemysława Gosiewskiego.

– Pamiętam, że kiedy nie odbierał telefonu, zawsze można było usłyszeć takie słowa: "Dzień dobry, tu Przemysław Gosiewski. Jestem bardzo zajęty, dlatego nie mogę odebrać", a każdy wiedział, że to był tytan pracy, który był totalnie oddany temu, co robił – wspomina Mateusz, dla którego 10 kwietnia 2010 roku był prawdziwym dniem próby. Zdawał sobie wtedy sprawę, że większość rodzin ofiar katastrofy, o tym, co się wydarzyło, dowiaduje się właśnie z telewizji.

– Kiedy wracam myślami do tego dnia i do Smoleńska, zawsze przypominam sobie, jak wielka odpowiedzialność ciąży na dziennikarzach. Trzeba pamiętać, że słowa mają ogromną moc, a bliscy ludzi, o których mówimy, są między nami. Bez względu na ciężar gatunkowy, odpowiedzialność za słowa jest ogromna – podkreśla Hładki.

Zobacz wideo: 11. rocznica katastrofy smoleńskiej. Uroczystości na pl. Piłsudskiego w Warszawie i na Wawelu

Zobacz także:

Autor: Kamila Glińska

Pozostałe wiadomości