- Marta zamieniła życie w mieście na prowadzenie schroniska w Bieszczadach.
- Zaczynała z 20 tysiącami złotych oszczędności i marzeniem sprzed 20 lat.
- Dziś jej schronisko to dom, praca i wspólnota ludzi, którzy stali się rodziną.
Od marzenia do decyzji – jak narodziło się bieszczadzkie schronisko
Marta wspomina, że jej przygoda z Bieszczadami zaczęła się przypadkiem, ale myśl o własnym miejscu dojrzewała w niej przez lata. Z wykształcenia filozofka, później specjalistka od pracy socjalnej i wyceny nieruchomości, postanowiła porzucić stabilne życie w mieście na rzecz spełnienia marzenia. – Pierwszy raz w Bieszczady przyjechałam 20 lat temu i trafiłam ze znajomymi do schroniska młodzieżowego. I wtedy przeszła mi przez głowę myśl, że kiedyś będę chciała mieć schronisko w Bieszczadach – mówi Marta. – Nie uciekałam przed niczym. Ja chciałam iść do czegoś. Męczyło mnie to, że stanęłam już troszkę w miejscu, jeżeli chodzi o życie zawodowe, o własny rozwój. Żyłam już w jakiejś bańce, którą sobie jakby ładnie stworzyłam. No tylko, że to po prostu nie dla mnie.
Decyzja o zakupie budynku przyszła nagle, a symboliczny zbieg dat tylko ją utwierdził. – Budynek był budowany po to, żeby można było przyjmować grupy autokarowe. Data odebrania budynku to jest data mojego urodzenia. Dla mnie wszystko stało się jasne, że jesteśmy dla siebie po prostu. To była dwuminutowa decyzja. Później walka o kredyt. Szczególnie, że to był początek czasów covidowych, kiedy zamknęli turystykę. To było milion złotych. Ja miałam na koncie oszczędności 20 tysięcy – wspomina.
Nowe życie w górach – wspólnota, praca i codzienność
Kiedy marzenie zaczęło nabierać realnych kształtów, do Marty dołączył jej partner, który początkowo nie był przekonany do przeprowadzki. Dziś razem tworzą nie tylko schronisko, ale i społeczność, w której każdy jest częścią większej całości.
– Jak Maja znalazła ten budynek, ja nie byłem przekonany do przyjechania w Bieszczady, więc pierwszy rok ja jeszcze zostałem w Łodzi. Potem zmieniłem zdanie i przyjechałem, już zostałem – opowiada. – Dużo osób, które mieliśmy, znaczy mamy w ekipie, w sensie pracującej, to są osoby, które wcześniej byli naszymi gośćmi. Mieszkamy również ze sobą, mówię teraz o naszej ekipie wewnętrznej, jesteśmy ze sobą 24 godziny na dobę. Dla mnie ta praca jest zabawą, nie czuję się tutaj jak w prasy, po prostu można powiedzieć jak drugi dom. Schronisko stało się nie tylko miejscem pracy, ale też wspólnotą i przestrzenią do życia w zgodzie z naturą i ludźmi. Marta nie żałuje swojej decyzji – przeciwnie, docenia zmiany, jakie przyniosło jej życie w górach. – Niektórzy mówią, że zostawiłaś coś w Łodzi, zostawiłam, bo przyjaciele są daleko, rodzina jest daleko, ale oni mnie odwiedzają, ja odwiedzam ich, te rozmowy są, mam wrażenie, dużo fajniejsze, ten czas spędzony jest dużo fajniejszy niż był w Łodzi. No i właśnie, z takich rzeczy jestem szczęśliwa.
Zobacz także:
- Wilki i niedźwiedzie podchodzą pod domy. Wójt gminy apeluje o zachowanie ostrożności
- Żubry, czyli duże zwierzęta o jeszcze większym sercu. "One doprawdy są niezwykle wrażliwe"
- Sekretne życie bocianów. Dlaczego dochodzi do rozwodów? "Zdarzają się tragiczne przypadki"
Reporter: Filip Kmera