Styl życia

"Siła jest kobietą". Lekarka wzięła udział w misji ratunkowej Afgańczyków

Styl życia

Autor:
Dominika
Czerniszewska
Archiwum prywatneKlaudia Knapik

Klaudia Knapik jest lekarką z powołaniem. Słowa te wielokrotnie powtarzali jej pacjenci. W cyklu "Siła jest kobietą" zgodziła się opowiedzieć o swojej pierwszej misji – ewakuacji Afgańczyków z Kabulu. - Mnie, jako kobietę, najbardziej uderzył widok Afganek ściskających kilkumiesięczne dzieci, które płakały, a kilkulatki wtulały się w nie – wspomina. 

Siła jest kobietą: Każda jest inna. Każda wyjątkowa. Każda ma różne cele i marzenia, inną historię do opowiedzenia. Łączy je jedno. Bohaterki tego cyku udowadniają, że siła jest kobietą.

Lekarka Klaudia Knapik odbywa rezydenturę w Klinice Chorób Wewnętrznych, Nadciśnienia Tętniczego i Angiologii przy ul. Banacha w Warszawie. Natomiast po godzinach pracuje w szpitalnym oddziale ratunkowym (SOR) Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie.

Lekarka z misją

Dominika Czerniszewska, serwis dziendobry.tvn.pl: Ewakuacja Afgańczyków to Twoja pierwsza misja międzynarodowa. Jak to się stało, że zdecydowałaś się polecieć?

Lek. Klaudia Knapik: To długa historia. W sobotę (21 sierpnia) około 23:00 zadzwonił do mnie szef z pytaniem, czy mogę polecieć do Gruzji. Byłam mocno zaskoczona – do Gruzji? Jednak ton i pora dawały mi do zrozumienia, że to nie jest odpowiedni czas na zadawanie pytań. "Hmmm, wolałabym nie" - odpowiedziałam niepewnie. "Jeśli pytasz mnie, czy chcę, to nie chcę, natomiast jeśli zmusi do tego sytuacja, bo naprawdę nie będzie nikogo innego na moje miejsce, to polecę. Prowadzę pacjentów. W poniedziałek mam konkretne plany wobec nich, więc nie chciałabym ich przekazywać, tylko co najważniejsze zakończyć sama" - dodałam.

Jak na te słowa zareagował Twój przełożony?

Szef powiedział mi, że może polecieć jeszcze inny lekarz, ale na 100 procent będzie wiedział nazajutrz o 8:30. "Dobrze" - odparłam i chociaż niedziela, to jedyny dzień, kiedy mogę się wyspać przynajmniej do 9:00, nastawiłam budzik na podaną godzinę. Szef nie zadzwonił. Mijały kolejne minuty i dalej nic. Pomyślałam, że w takim razie sprawa załatwiona. Myliłam się. Była 11:30, kiedy rozległ się dźwięk telefonu. "Lekarz, który miał lecieć, nie ma ważnego paszportu"– brzmiał komunikat. Tym razem zdziwiłam się chyba jeszcze bardziej. Do Gruzji, paszport?! Odpowiedziałam więc, że przecież paszport tam nie jest potrzebny. "Tak, tak, ale w Tbilisi jest przesiadka do Uzbekistanu, chodzi o misję, by ewakuować Afgańczyków z Kabulu" – wyjaśnił. Po tych słowach wszystko stało się jasne.

Powiedziałam, że spróbuję kogoś znaleźć na moje miejsce, bo jest dość późno, poza tym sytuacja z pacjentami przecież nie uległa zmianie. Wspólnie przez kilkanaście minut szukaliśmy z dobrym skutkiem. W poniedziałek poszłam więc normalnie do pracy i według planu: część chorych wypisałam, przekazałam na inny oddział, pozlecałam potrzebne badania. "Teraz mogłabym lecieć" - pomyślałam. Byłabym odpowiednią osobą w odpowiednim miejscu.

Czyli można powiedzieć, że miałaś wyrzuty sumienia?

Trochę tak. We wtorek zapytałam szefa, czy ewakuacja trwa. Odpowiedział: "Tak. Lecisz? Jutro o 16:00 jest lot". Bez wahania opowiedziałam, że lecę. W środę rano udałam się do pracy, wyszłam godzinę wcześniej i pojechałam od razu na lotnisko.

W tak krótkim czasie zdążyłaś poinformować bliskich, że lecisz na misję ratunkową?

Napisałam tylko wiadomość do mojej kuzynki Kamili, że wylatuję na misję i poprosiłam, by nie mówiła cioci ani babci, by ich nie martwić. Dopiero, jakby coś się stało, to wtedy może powiedzieć. Na końcu dodałam, że wszystko będzie dobrze i by się nie przejmowała.

Doleciałaś do Uzbekistanu. Co zobaczyłaś, wychodząc z samolotu? 

Mnie – jako kobietę – najbardziej uderzył widok Afganek ściskających kilkumiesięczne dzieci, które płakały, a kilkulatki wtulały się w nie. Wszyscy byli wystraszeni, przemęczeni. Przez kilka sekund walczyłam ze sobą, by się nie popłakać. Od razu jak przystąpiliśmy do pracy, zaczęliśmy ich liczyć, załatwialiśmy sprawy organizacyjne, emocje zeszły na drugi tor. Natomiast te pierwsze kilka sekund było naprawdę wstrząsające. Już wcześniej przed wylotem myślałam o tym, że kobieta w islamie była przedmiotem walki politycznej i społecznej na przestrzeni lat. Tak właśnie wyglądał ich los w Afganistanie. Zmieniło się to dopiero w latach 20., wówczas można było pokazywać się w przestrzeni publicznej bez mężczyzny, otwarto szpital dla kobiet - przecież to nieludzkie! Jakby wcześniej kobieta nie była człowiekiem. A teraz, gdy muszą uciekać i chronić swoje własne dzieci, to jeszcze bardziej ścisnęło mnie za serce. Znów ich życie zamieni się w koszmar. Nie wierzę w obietnice, że tym razem szariat będzie interpretowany w sposób mniej opresyjny i ekstremistyczny. Kobiety, które są matkami, boją się nie tylko o siebie, boją się o własne dzieci.

Media na całym świecie komunikują o dramacie afgańskich kobiet. W naszej pamięci zapisały się przerażające obrazy z pasa startowego w Kabulu. Kobiety, dzieci i mężczyźni robili wszystko, by dostać się na bezpieczny pokład. Czy z podobną sytuacją mieliście do czynienia na miejscu?

W tym przypadku nie było miejsca na żadne emocje. Pomagał nam pułkownik z Polski i jego odpowiednik z Uzbekistanu, którzy trzymali wszystko i wszystkich w ryzach. Gdy młodsze dzieci chciały podbiec do koleżanki czy kolegi, nie mogły. Wszystko było kontrolowane, a każdy się słuchał.

W jakim stanie były Afganki i Afgańczycy?

Lecąc, nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Nie wiedzieliśmy, w jakim stanie będą ludzie, którzy tyle czasu koczują, czekając na decyzję, czy zostaną uratowani i czy wejdą na pokład samolotu. Natomiast spodziewaliśmy się, że zastaniemy ich przemęczonych, zaniedbanych, którzy z powodu braku dostępu do leków i warunków sanitarnych mogą mieć zaostrzenia chorób przewlekłych. Tak naprawdę byliśmy gotowi na wszystko. Wieźliśmy leki do zaawansowanych zabiegów resuscytacyjnych, zestaw do intubacji, defibrylator. Na szczęście nic złego się nie wydarzyło. Ale… mieliśmy Afgankę w ósmym miesiącu ciąży, która w każdej chwili mogła zacząć rodzić. Część osób była odwodniona, a dzieci podczas podróży samolotem wymiotowały, dosłownie wszędzie. Nie były przyzwyczajone do latania.

Archiwum prywatne

Ile osób udało się Wam podczas tej misji ewakuować?

Wydaje mi się, że około 116, ale nie jestem pewna. Trudno stwierdzić, ponieważ międzylądowanie było w Warszawie, a część osób leciała dalej, na Litwę. Nie wiem, ile dokładnie wysiadło w Polsce, więc nie chcę podać sprzecznych informacji.

Wiesz, co się stało z Afgańczykami, którzy zostali w Polsce?

Na pewno część z nich trafiła do ośrodka w Podkowie Leśnej, a inni do ośrodka pod Warszawą. Szczerze mówiąc, nie wiem, jakie rząd ma plany wobec nich. Dzień po moim przylocie, głośno było o afgańskiej rodzinie, która zatruła się grzybami. Nie wiedzieli, że muchomory są trujące i ugotowali z nich zupę. Byłam przerażona.

Do tego jeszcze informacja o zamachu na lotnisku w Kabulu…

Pamiętam, jak Michał, którego zabieraliśmy z Kabulu, powiedział, że trzeba się już zmywać do Polski. Mieli niepotwierdzoną informację o zamachu. Gdy to się stało, pomyślałam wtedy, że jest już potwierdzona!

Co wtedy poczułaś?

Wdzięczność. To nie było na zasadzie, że oszukaliśmy przeznaczenie. Rzadko zdarza mi się, żebym się stresowała rzeczami, na które nie mam wpływu. Wydaje mi się, że genetycznie mam uwarunkowany wewnętrzny spokój. Ostatnio miałam kolizję samochodową, spiesząc się z pracy do pracy. Kiedy dzwoniłam pod 112 pani spytała, czy to na pewno ja jestem uczestniczką, bo nad wyraz spokojnie i dokładnie relacjonuję, co się stało. 

Gdy po misji ratunkowej, wróciłaś do domu i położyłaś się we własnym łóżku, jaka myśl zrodziła się w Twojej głowie?

Że nie ma lepszego czynnika szczęścia niż przynależenie do grupy i pomoc drugiemu człowiekowi. Gdy wróciłam, poczułam spełnienie, ulgę.

Obrazy z Uzbekistanu zapisały się w Twej pamięci?

Zawsze tak mam, że gdy obejrzę trudny film albo przeczytam poruszającą książkę, to później mielę to w głowie. Myślę i analizuję. Tak samo było w tym przypadku. Na początku bałam się. Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Przypomnę, że to była moja pierwsza misja ratunkowa, coś zupełnie nowego. Natomiast wydaje mi się, że sekretem kobiecej siły jest miłość do drugiego człowieka, a także do samej siebie. To nas motywuje do działania. Czasami mierzę się z lękiem, obawami i tym, że nie do końca w siebie wierzę. Uważam, że trzeba to przełamywać. Odwaga nie polega na braku strachu, tylko robienia tego pomimo strachu.

Rozważałaś w przeszłości udział w misjach?

Myślałam o tym w kontekście lekarzy, którzy udają się na misję, np. do Afryki. Bardzo ich za to szanuję. To więcej niż zaangażowanie, to poświęcenie. Tutaj do rozważenia wchodzi trochę kwestia czy lekarz to zawód, czy posłannictwo. Myślę, że ja - jako jednostka - jestem gotowa oddać się swojemu powołaniu. Natomiast wiem, że tutaj w Polsce też ciężko pracuję, też pomagam, też ratuję życie, krocząc do swojego celu. Staram się pamiętać, że jestem nie tylko lekarzem, ale także wnuczką, córką, przyjaciółką. Najciężej byłoby mi zostawić moich dziadków. Martwiłabym się, nie mając z nimi kontaktu. Gdyby coś się wydarzyło, nie mogłabym szybko znaleźć się na miejscu. Zabrałabym swoją pomoc tutaj w Polsce i dała w innym kraju. Ostateczny bilans w mojej głowie wynosiłby zero.

Oczywiście, że na ten czas straciłabyś możliwość leczenia krajan. Jednak misja ratunkowa ma inny cel. Zgodziłabyś się po raz drugi polecieć?

Tak, ale pod warunkiem, że miałabym czas, by uporządkować sprawy w szpitalu. Wtedy zrobiłabym dokładnie to samo, co teraz. W dniu wylotu zostawiłam dwoje chorych, którzy nie wymagali szczególnej atencji. Gdyby coś się z nimi działo, byliby wówczas pod okiem doświadczonej i mądrej koleżanki-lekarki z pokoju obok. 

Lekarka z powołaniem 

Jesteś bardzo zżyta z pacjentami. Udało Ci się zatem oswoić śmierć?

Nie można oswoić śmierci. Oswojenie niesie ze sobą pierwiastek posiadania władzy nad czymś, co chcemy sobie podporządkować. Nad śmiercią nigdy nie będziemy mieli takiej przewagi. Powiedzenie, że lekarz się do niej przyzwyczaja, jest nie na miejscu. Można ją tylko pokornie zaakceptować, pogodzić się, że nie mamy z nią szans w przypadku np. uogólnionego procesu nowotworowego. Możemy oceniać rokowanie, wykonywać zabiegi, podawać leki, żeby chory przeżył, kiedy jest taka możliwość. W tym zawodzie nie odsyłamy śmierci w sferę metafizyczną, nie traktujemy jej jako tabu. Kiedy przychodzi do nas pacjent, oprócz diagnostyki i leczenia myślimy także o możliwych powikłaniach, często o ryzyku zgonu. To nie oznacza, że kiedy umiera nam pacjent, o którego życie walczyliśmy, zostajemy niewzruszeni. Mam bardzo otwartą aurę i pracę przenoszę do domu. Gdy coś takiego się wydarzy, coś się we mnie kruszy, przechodzę w swoich czterech kątach moją własną małą żałobę.

Rzadko, który lekarz mówi o tym otwarcie, a Ty pokazujesz ludzką twarz medycyny.

Często pacjenci mówią mi, że jestem lekarzem z powołaniem. To są najpiękniejsze słowa, które mogę usłyszeć. Wówczas widzę, że ktoś dostrzega, że się angażuję i podchodzę do tego z całym sercem. To mnie napędza. Czasami studenci będący na praktykach pytają mnie: "Skąd bierzesz tyle energii?". Zawsze odpowiadam, że czerpię ją od innych. Kocham ludzi, kocham z nimi pracować. To jest zawód, który przynosi wiele różnych, czasem skrajnych emocji, ale uważam, że każda z nich ma swoją wibrację. Oczywiście, jak każdy w życiu, mam gorsze dni, bywam smutna, ale emocje nawołują nas do działania. Swoją pracę absolutnie traktuję jako misję. Pamiętam imiona i nazwiska pacjentów, których prowadziłam dwa lata temu. Czasami śledzę w systemie ich losy, bo wiem, że są bardzo schorowani i czasami wracają np. na inne oddziały.

Podpisuję się pod słowami pacjentów. Jesteś lekarką z powołaniem.

To prawda. Jest mi niezmiernie miło, jak ktoś tak mówi. Kiedyś powiedziałam mojemu tacie, że jeśli nie zostanę lekarzem, to będę zbierała śmieci, bo nie wyobrażam sobie robienia czegoś innego.

À propos, powiedziałaś w końcu bliskim o misji ratunkowej?

Tato przeczytał mój post, który zamieściłam na Facebooku. Zapytał mnie, jak było. Z kolei babcia powiedziała: "O rany, gdzie Ty znowu pojechałaś, co Ty znów wymyśliłaś? No dobrze. Jak było?". Nie zdziwili się za bardzo, ale gdybym powiedziała im wcześniej, to by się martwili.

Gdy w sierpniu talibowie przejęli władzę w Afganistanie, mieszkańcy tego kraju zaczęli żyć w strachu o swoje prawa i bezpieczeństwo. Szybko potwierdziło się, że talibowie łamią dotychczasowe obietnice, m.in. nakazując kobietom pozostanie w domach i ściśle reglamentując ich udział w przestrzeni społecznej, w tym w edukacji. 

Masz ciekawą historię do opowiedzenia? Chcesz zostać bohaterką cyklu Siła jest kobietą? Napisz do mnie: dominika_czerniszewska@discovery.com

Zobacz też:

Zobacz wideo: Ucieczka z Afganistanu

Ucieczka z Afganistanu
Ucieczka z Afganistanu
Dzień Dobry TVN

Autor:Dominika Czerniszewska

Źródło zdjęcia głównego: Archiwum prywatne

Pozostałe wiadomości