Styl Życia

"Siła jest kobietą". Traumatyczna historia tancerki Agnieszki Boruty: "Opowiem wam o tym, jak uciekłam z domu publicznego"

Archiwum prywatne

Styl Życia

"Siła jest kobietą". Traumatyczna historia tancerki Agnieszki Boruty: "Opowiem wam o tym, jak uciekłam z domu publicznego"

Archiwum prywatne

Agnieszka Boruta jest znaną polską choreografką i tancerką. Dopóki nie opublikowała swojego nagrania w mediach społecznościowych, nikt nie wiedział, jaką traumę niesie. Bo przecież ucieczka z domu publicznego to nie jest temat rozmowy przy kawie czy lampce wina. W ramach cyklu "Siła jest kobietą" zgodziła się powrócić wspomnieniami do tamtych wydarzeń. Posłuchajcie ważnego kobiecego głosu – ku przestrodze.

Siła jest kobietą: Każda jest inna. Każda wyjątkowa. Każda ma różne cele i marzenia, inną historię do opowiedzenia. Łączy je jedno. Bohaterki tego cyku udowadniają, że siła jest kobietą.

Agnieszka Boruta swoją przygodę z tańcem rozpoczęła w wieku 9 lat. Uzyskała najwyższą, międzynarodową, mistrzowską klasę S oraz odniosła liczne zwycięstwa na parkietach ogólnopolskich i międzynarodowych. Współpracowała jako choreografka z gwiazdami polskiej i zagranicznej sceny muzycznej oraz pracowała przy największych programach telewizyjnych. Dziś przedstawia się jako psycholożka, a lada chwila – psychoterapeutka, bo po przeżyciach, którym musiała sprostać, postanowiła, że w przyszłości otworzy stowarzyszenie pomagające kobietom. 

Ucieczka z domu publicznego

Dominika Czerniszewska, dziendobry.tvn.pl: Co tak traumatycznego wydarzyło się w 2005 roku, w wydawałoby się poukładanym i pełnym sukcesów życiu tancerki?

Agnieszka Boruta, choreografka i tancerka: Miałam wtedy 21 lat. Grupa taneczna, z którą współpracowałam od wielu lat, dostała propozycję dwutygodniowego kontraktu we Włoszech. Wszystko było legalnie i oficjalnie załatwione. Dokumenty podpisywałyśmy w Ambasadzie Włoch w Warszawie. Ponadto nasza menadżerka poleciała do Włoch, by zobaczyć miejsce, w którym miały się odbywać nasze spektakle. Spotkała się z organizatorem. Natomiast po naszym przyjeździe okazało się, że zostałyśmy wywiezione do innego miejsca… burdelu. Rozpoczęła się walka o życie i powrót do Polski.

Posłuchaj nagrania o ucieczce: 

Jakie emocje Ci wtedy towarzyszyły?

Cała gama. To był totalny roller coaster, chaos emocjonalny. Dopiero po wielu latach od tamtych wydarzeń mogłam świadomie przeanalizować, co się wtedy działo. Ogromny strach przeplatał się z odrętwieniem, a nawet wyparciem. Później był taki moment, że lepiej było nic nie czuć. Ten sposób radzenia sobie z sytuacją był dla mnie najbezpieczniejszy. Do tego dochodził wstyd, złość, ogromny stres, ale i niedowierzanie. Z jednej strony ciało reagowało mdłościami, bólem, a z drugiej czułam dysocjację z nim. Niby wiedziałam, że jestem w swoim ciele, a jednak ono nic nie czuło. 

Czy zapaliła Wam się lampka, by poinformować włoską policję?

Jedyna myśl, która pojawiła się w mojej głowie, to: "Ratuj się natychmiast". Tam nie było czasu na dywagacje i dyskusje, czy i jak powinniśmy powiadomić policję. Włączył się instynkt przetrwania. Menadżerka zorganizowała pomoc tutaj, w Polsce. Skontaktowała się z drugim menadżerem grupy, który bezpośrednio wyszukiwał nam możliwości ucieczki: przeloty, pociągi. Jedyne, o czym wtedy myślałyśmy, to: "Jak uciec?"oraz "Jak to zrobić po cichu, by nikt się nie domyślił i nas nie powstrzymał?", bo konsekwencja tego mogłaby być dla nas dramatyczna. Gdybyśmy powiadomiły miejscową policję, to musiałybyśmy czekać na dochodzenie, dłużące się śledztwo, wywiad środowiskowy, a czas był na wagę złota. Umówmy się, burdel zazwyczaj prowadzą osoby, które są z jakiegoś półświatka albo w ogóle ze świata mafijno-przestępczego. Mogły więc mieć wpływy. Poza tym praktycznie non stop był przy nas ogromny Rosjanin (mężczyzna pracujący w burdelu – przyp. red.), który obserwował nasz każdy ruch. Byłyśmy w patowej sytuacji. Ucieczka po cichu, była jedyną opcją.

Po przyjeździe do Polski każda z nas chciała się schronić i gdzieś zaszyć, wrócić jakoś do normalnego życia, a nie przerabiać w najdrobniejszych szczegółach tę traumę. Czy menadżerka zgłosiła to na policję? Nie wiem. To wydarzenie stało się tematem tabu, zakopanym do teraz. Warto pamiętać o tym, że w sytuacji takiego zagrożenia adrenalina robi swoje, włącza instynkt na tyle, aby uratować życie. W takim momencie myśli się zupełnie inaczej, niż słuchając w fotelu i nie doświadczając traumy.

Miałaś żal do menadżerki, że zostałyście brutalnie oszukane?

Miałam złość. W jej rękach spoczywało moje bezpieczeństwo. Byłam od niej w tamtym momencie zależna. Natomiast z drugiej strony ona też była z nami w tej sytuacji. Widziałam, jak to przeżywała. To na niej spoczywała odpowiedzialność za to, że wprowadziła 10 kobiet ze swojego otoczenia w sytuację zagrażającą życiu, więc spotkała się z ogromnym ciężarem. Jesteś we włoskim burdelu, w którym pilnuje cię Rosjanin, i masz grupę 10 osób pod swoją opieką – to totalna abstrakcja.

W nagraniu wyznałaś, że nie chciałaś o tych wydarzeniach od razu mówić mamie ze względu na jej stan zdrowia. Jednak gdy wróciłaś do domu, to opowiedziałaś rodzicom, trywializując sprawę. Później ten temat u Ciebie w domu traktowany był jako tabu. Czy zatem otrzymałaś realne wsparcie od bliskich? 

Pamiętam, że jak wróciłam do Polski, to zadzwoniłam do mamy z informacją, że będę za 15 minut pod drzwiami. To było 10 dni przed terminem. Była w totalnym szoku jak mnie zobaczyła. Tata zresztą też. Gdy zaczęłam opowiadać, to w sposób totalnie bagatelizujący. Trochę się śmiałam, wygłupiałam, żeby podać im to jak najłagodniej. Nie powiedziałam wprost, że znalazłam się w burdelu, tylko między wierszami. Mój ojciec się strasznie wkurzył. Chodził po mieszkaniu, krzyczał. To była męska złość. Moja mama płakała. Dostałam od nich dużo ciepła, przytulenia, łez współczucia, połączenia w bólu. Szczególnie od mamy, która swoje również przeszła. To było bardzo dużo. Oni nie wiedzieli, co zrobić z tą sytuacją, jak mi pomóc. Pamiętajmy, że to było 16 lat temu. Wtedy też był inny dostęp do informacji, inaczej patrzyło się na pewne tematy, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że to jest inne pokolenie. Dlatego poprosiłam ich, żeby to zostawili. Moja mama nie ma dobrego zdrowia, więc starałam się nie dokładać jej zmartwień, które mogłyby doprowadzić do nieszczęścia. Nie wybaczyłabym sobie tego. Teraz jak na to patrzę, to myślę, że to ja próbowałam dać im wsparcie.

Oprócz Twojej grupy tanecznej i rodziców ktoś jeszcze słyszał o ucieczce z domu publicznego?

O tych wydarzeniach opowiedziałam wtedy tylko trzem najbliższym osobom. To było dla mnie zbawienne. To jest sensacja, więc każdy słucha takich opowieści, jakby czytał kryminał, a nie chciałam się z tym wszystkim mierzyć. Tak samo z dochodzeniem policyjnym i pytaniami prokuratury. Na szczęście, dzięki temu, że zatrzymałam tę historię tak blisko siebie, nie było wtórnej wiktymizacji, która jest bardzo powszechnym problemem. W naszym systemie prawnym jest tendencja, że ofiarę się osądza, a kata uniewinnia. Myślę, że dlatego kobiety nie zgłaszają swoich traumatycznych przeżyć. To powinno się zmienić.

Mimo wszystko kolokwialnie mówiąc, pomogło Ci wtedy "wyrzucenie wszystkiego z siebie"?

Nie. Najbardziej pomogło mi to, że wróciłam do domu i po prostu mogłam się przytulić. Byłam w swoim pokoju. Mogłam położyć się do swojego łóżka. Nadal był strach. Miałam problemy ze snem. Wychodząc na zewnątrz, oglądałam się za siebie. Po tym wydarzeniu przez krótką chwilę współpracowałam jeszcze z tą grupą taneczną. Pamiętam, że spotkałyśmy się na próbach i pytałyśmy, czy oni próbowali się skontaktować. Menadżerka powiedziała wtedy, że wciąż dostaje pogróżki i wiadomości. Tyle, więcej informacji nie było. Natomiast dla nas tancerek to też był temat tabu. Nie rozmawiałyśmy o tym między sobą, co się wtedy zadziało. Każda chciała wyprzeć to, zapomnieć, schować się. Miałam takie chwile, że ta wyparta trauma bardzo mocno wpływała na moje reakcje. Gdy byłam na scenie i usłyszałam język włoski, włączał mi się "agresor". Gdy widziałam pijanych mężczyzn – to samo. Bałam się. Długo miałam wspomnienie goniącego nas Rosjanina. 

Rozważałaś zapisanie się na terapię?

Byłam na terapii grupowej, ale zupełnie z innych powodów. I to po sporym czasie od tamtych wydarzeń. Przed jej końcem poruszyłam temat burdelu we Włoszech. Terapeuta w ogóle nie wiedział, jak sobie z nim poradzić, zignorował to. Rozumiem, że każdy specjalizuje się w innej dziedzinie i nie każdy potrafi zająć się danym problemem, ale w takiej sytuacji profesjonalista, który chce nam pomóc, po prostu mówi: "Agnieszka nie umiem Ci pomóc, bo to nie leży w mojej kompetencji, ale może podam Ci numer do osoby, która pracuje z kobietami po takich przejściach i może zapewnić Ci wsparcie albo zastanów się nad zmianą terapii". Nie dostałam jednak takiej informacji.

Jak zatem udało Ci się wyzwolić od tej traumy?

Studiowałam wtedy psychologię. Myślę, że bardzo mi to pomogło. Korzystałam z wykładów, książek. Dużo bardziej byłam wyczulona na tematy przechodzenia traumy. Pamiętam, że nawet specjalnie wybrałam fakultet, żeby dokładnie poznać przestrzeń stresu pourazowego, by poradzić sobie z tym wszystkim. Ale paradoksalnie, najbardziej pomógł mi powrót do swojego życia sprzed zaistniałej sytuacji. Wyszłam z powrotem na scenę, byłam aktywna, występowałam, tańczyłam, brałam udział w różnych programach telewizyjnych. Bardzo głęboko zepchnęłam te wydarzenia z Włoch na bok. Wiedziałam, że jeżeli będę się ich trzymać, to wpadnę w jakąś otchłań i nie będę mogła normalnie funkcjonować. Nie wyobrażałam sobie tego. Chciałam po prostu żyć.

Kobieca siła

Czy po tych 16 latach udało Ci się stanąć na nogi?

Tak, udało mi się. Mało tego ja swoją siłę zbudowałam na największej słabości. Być może brzmi to dziwnie, ale prawda jest taka, że przez tę traumę doświadczyłam tylu skrajnych emocji i stanów, że wydaje mi się, iż poznałam całą gamę człowieczeństwa. Uciekłam z burdelu, poradziłam sobie z tym. Dostałam drugą szansę. Teraz mam poczucie, że stało się to po coś, i po prostu mam siłę, by zrobić coś z tym dalej. Chcę pokazać kobietom, że mimo tak ciężkiej traumy można ułożyć sobie życie, być szczęśliwym, spełniać marzenia. To nie jest łatwe, ale możliwe.

Zastanawiam się, co było punktem zapalnym, że zdecydowałaś się mówić o tym publicznie?

Jestem fighterem i zawsze byłam. Wiedziałam, że skoro sama się podniosłam, to mam siłę, by głośno o tym powiedzieć, bo być może wielu kobietom przyniesie to pomoc. To, co było takim punktem zapalnym, to obejrzenie dwóch seriali i rozmowa z przyjacielem. Takie wydarzenia zostają w głowie do końca życia. Możesz sobie z nimi poradzić, ale bodźce, które wywołują wspomnienia, są i będą zawsze. W moim przypadku to były wspomniane dwa seriale, które obejrzałam na przestrzeni dwóch tygodni – "Niewinny", a potem "Sky Rojo". One opowiadają o kobietach, które uciekły z burdelu. Ich historia była znacznie bardziej brutalna niż moja, ale podczas oglądania czułam rosnącą złość w sobie, że takie rzeczy nadal się dzieją. Mało tego, ludzie wciąż myślą, że to jedynie scenariusz filmowy… 

Później spotkałam się z przyjacielem, który po raz pierwszy usłyszał o mojej historii. Gdy skończyłam opowiadać, przytulił mnie i powiedział: "Bardzo dziękuję ci za to świadectwo. Teraz wiem i rozumiem, kim jesteś i jaką masz siłę". Wtedy zrozumiałam, że już najwyższy czas, by opowiedzieć o tym wszystkim. Poczułam, że jestem gotowa, by dać wsparcie innym kobietom i też przynieść im taką myśl, że "ja nie jestem moją traumą, choć ona nadała mi imię". 

Widziałam komentarze pod postem. Wiele kobiet podziękowało Ci za to, że odważyłaś się mówić o tym głośno. Zwróciły się również do Ciebie w prywatnych wiadomościach z prośbą o pomoc?

Dostałam mnóstwo wiadomości od zranionych kobiet. Było też kilka od mężczyzn, ale oni raczej dziękowali za to, że otwieram im oczy. Uważam, że panowie też powinni być zaproszeni do tego dialogu, ale to już inny temat. Natomiast kobiety w prywatnych wiadomościach odważyły się opowiedzieć mi o tych traumach, mimo że wiele z nich wcześniej nie mówiło o tym nikomu. Poczuły się zrozumiane i usłyszane. Nikt nie próbował umniejszyć ich traumy. Myślę, że to ważne, by dać bezpieczną, nieoceniającą przestrzeń do rozmowy. W tamtym czasie bardzo potrzebowałam kogoś, kto by mi powiedział: "Słuchaj, doświadczyłam tego i tego. Wiem, jakie jest to trudne. Będziesz przechodzić przez taki i taki etap. Mnie pomogło X, Y, Z, skontaktowałam się z A, B, C. Wsparcie możesz uzyskać tu i tu". Takie konkretne rozwiązania. Dlatego teraz myślę nad stworzeniem stowarzyszenia dla kobiet po trudnych doświadczeniach, gdzie mogłyby otrzymać pomoc i konkretne narzędzia do poradzenia sobie z najtrudniejszymi momentami, żeby od czegoś zacząć, by miały siłę i przestrzeń do tego, by zdjąć ze swoich barków bardzo duży ciężar. Otacza mnie wiele wspaniałych kobiet, które niestety też mają za sobą trudne doświadczenia, ale dzięki temu wiedzą, jak dać siostrzane wsparcie, pełne zrozumienie. Jestem też po psychologii, zaraz skończę psychoterapię, więc jak mogłabym nie wykorzystać tych narzędzi? 

Co zazwyczaj mówisz kobietom, które mierzą się z traumą?

To mi się stało, wydarzyło, ale to mnie teraz nie definiuje… Takie podejście. W moim przypadku to był dobry początek. W chwili, kiedy bijesz się ze swoimi myślami: "Czy to się zadziało naprawdę i dlaczego mnie to spotkało", stoisz w miejscu i nie dajesz sobie możliwości na to, by było lepiej, by pójść dalej, by żyć. To jest oczywiście indywidualny temat, bo proces uleczania może przebiegać miesiącami, latami, a może i całe życie.  

Od 9 roku życia jesteś związana z tańcem, czy po tej sytuacji zastanawiałaś się, by od niego odpocząć? 

Dla mnie taniec jest narzędziem wyrazu, ekspresji. Niejednokrotnie mi pomógł, był formą terapii. Jeśli masz w sobie jakiś ładunek emocjonalny, a przy traumie niewątpliwie tak jest, i wejdziesz w swoje ciało, to jesteś w stanie uwolnić dużo takich napięć. Mam jednak bardzo trudną relację z tańcem, bo jest tym aspektem, który spowodował największe problemy w moim życiu. Przecież pojechałam tańczyć do Włoch. Występowałam na scenie, z której słyszałam głosy facetów "co by ze mną zrobili". Niejednokrotnie byłam obmacywana, czy dostawałam klapsy w tyłek, bo przecież jestem tylko tancerką… Z jednej strony kocham taniec i to jest całe moje życie, ale z drugiej strony też się z nim kłócę, bo dał mi mnóstwo powodów do smutku. Teraz odpoczywam od niego w sensie zawodowym, w domu jednak nadal jest moim najlepszym przyjacielem. 

Masz ciekawą historię do opowiedzenia? Chcesz zostać bohaterką cyklu Siła jest kobietą?  Napisz do mnie: dominika_czerniszewska@discovery.com 

Zobacz także:

Zobacz wideo: Ruszył proces byłego dyrektora krakowskiego Teatru Bagatela oskarżonego o mobbing i molestowanie

Co sądzisz o tym artykule?
89
6
Wybrane dla Ciebie
Komentarze
0