Styl życia

Marek i Dariusz zostali młodymi wdowcami. "Dzisiaj bym wszystko oddał za wspólny obiad z żoną i dziećmi"

Styl życia

Autor:
Martyna
Trębacz
Mactrunk/Getty ImagesMłody wdowiec

Utrata żony i samotne rodzicielstwo to jedno z największych wyzwań, jakie rzuca los. I choć słowo "wdowiec" częściej kojarzy się ze starszym, siwym panem, to podobne dramaty przytrafiają się także młodym mężczyznom. Czy można zastąpić dzieciom mamę i wypełnić lukę po śmierci ukochanej? Jak wygląda codzienność tych, których życie wystawiło na podobną próbę? Oto historie Marka i Dariusza, którzy w młodym wieku zostali wdowcami i samotnymi rodzicami.

Historia Dariusza – "Miałem pierwsze objawy depresji"

Choć niezależnie od płci, utrata małżonka jest niewyobrażalnym ciosem, to sytuacja wdowców, zwłaszcza samotnych ojców – jest szczególnie trudna. To kobiety częściej od mężczyzn opiekują się dziećmi, prowadzą dom i dbają o ognisko domowe. Nie dotyczy to jedynie małżeństw, które żyją według patriarchalnego modelu rodziny. Nawet w partnerskich relacjach, sytuacja wdowca, który nagle musi przejąć całkowitą pieczę nad domem i dziećmi jest ogromnym wyzwaniem. W takiej sytuacji kilka lat temu znalazł się Dariusz, który po śmierci żony musiał nie tylko uporać się z jej stratą, ale także przejąć całkowitą opiekę nad 8-letnią córką i 5-letnim synem. W rozmowie z Martyną Trębacz z dziendobry.tvn.pl opowiedział swoją historię.

- Zostałem sam z dwójką dzieci, żona zmarła na raka piersi. To było 5 lat temu. Nie umiem opowiedzieć, co czuje się w takiej chwili, bo nie ma na to żadnych słów. Rozpacz to mało powiedziane. Nie tylko ja straciłem żonę, ale i dzieci mamę, a ja zostałem samotnym ojcem. Wcześniej to ja byłem jedynym żywicielem rodziny, więc łatwo sobie wyobrazić, że większość obowiązków w domu spoczywało na mojej małżonce. Ja po powrocie z pracy starałem się ją odciążyć, ale nie da się tego porównać do tego, co robiła żona. Dodatkowo przez to, że było mnie mało w domu, to ja byłem tym dobrym policjantem. Rozpieszczałem dzieci, zabierałem na plac zabaw i wygłupiałem się w każdy wolny weekend. A po śmierci żony musiałem zająć się domowymi sprawami i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, ile miała obowiązków – powiedział Dariusz.

Mimo złych rokowań i świadomości, jak poważną chorobą jest nowotwór piersi, nie sposób przygotować się na śmierć najbliższej osoby. W przypadku Dariusza, po stracie żony, cała uwaga skoncentrowała się na dzieciach, dla których również była to niewyobrażalna tragedia.

- Choroba żony trwała dwa lata, ale jakoś nie docierało do mnie, że to może się tak skończyć. Zresztą wtedy wszyscy byliśmy skoncentrowani na jej leczeniu, więc dziećmi głównie opiekowała się teściowa i szwagierka. Ja jeździłem po szpitalach, szukałem lekarzy i zarabiałem na życie. Kiedy już myśleliśmy, że wychodzimy na prostą, okazało się, że są przerzuty i musiałby się wydarzyć cud, żeby żona z tego wyszła. Kilka tygodni po jej śmierci wyleciało mi z pamięci. Pamiętam tylko jak dzieci budziły się w nocy i wołały mamę. Córka miała wtedy 8 lat, syn 5. Na prośbę rodziny poszedłem do psychiatry, bo miałem pierwsze objawy depresji. Dostałem leki i tylko one pomogły mi przetrwać ten pierwszy rok. Przed narodzinami dzieci jeździłem na ciężarówkach, ale żona chciała, żebym był częściej w domu, więc zmieniłem pracę. Po jej śmierci postanowiliśmy z rodziną, że wrócę do zawodu i w tym czasie z dziećmi będą dziadkowie. Teściowa lepiej umiała się nimi zająć, chociaż trochę zastąpić mamę. Ja zajmowałem się nimi cały czas po powrocie z pracy. Po roku od śmierci żony zrobiłem w domu remont, uporządkowałem wszystkie rzeczy. Część zostawiłem dla dzieci, żeby miały pamiątkę, a resztę oddałem. Nie umiem opisać swoich emocji, starałem się podejść do tego zadaniowo. Lekarz doradził mi, żebym koncentrował się zawsze na dniu dzisiejszym, nie wybiegał w przyszłość, ani zwłaszcza nie wracał do przeszłości – powiedział Dariusz.

Czy wraz z upływem czasu można uporać się z taką stratą? I jak wygląda życie wdowca i zarazem samotnego ojca?

- Było i jest mi ciągle ciężko. Zawsze myślałem, że jeśli ktoś z nas zachoruje to ja. Moi rodzice zmarli wcześnie, brat zachorował rok przed śmiercią żony, a i ja jestem już po 2 operacjach. Ale nie mogę się poddać, bo wiem jak dzieci bardzo się boją, że coś mi się stanie. Chociaż mają dziadków to martwią się, że gdyby mnie brakło, to one pójdą do domu dziecka. To mnie zmobilizowało do walki o siebie, bo wiem, jak ważna dla zachowania zdrowia jest psychika. Dlatego na prośbę córki po kilkunastu latach rzuciłem palenie. Nie mogę powiedzieć, że się całkiem pozbierałem, ale na pewno ten ból jest inny. Nie wyobrażam sobie ożenić się ponownie. Nie wiem, co będzie kiedyś w przyszłości, ale myślę, że ani ja, ani dzieci by tego nie chciały. Na razie o tym nie myślę, staram się mimo wszystko żyć dalej i nie załamywać, chociaż do dzisiaj są takie dni, że nic mi się nie chce. Dopiero po czasie człowiek docenia to co miał. Dzisiaj bym wszystko oddał za wspólny obiad z żoną i dziećmi – powiedział Dariusz.

Historia Marka - "Najbardziej przerażało mnie, jak sobie poradzę sam"

Przed podobnym wyzwaniem stanął Marek, który po śmierci żony został jedynym opiekunem dla wówczas 4-letniej córeczki. W rozmowie z Martyną Trębacz z dziendobry.tvn.pl opowiedział, jak zmieniło się jego życie, gdy został wdowcem.

- Moja żona zmarła 4,5 roku temu. Zginęła w wypadku. Nasza córeczka miała wtedy 4 latka. Moja żałoba trwała długo, bo od początku skoncentrowałem się na dziecku, żeby wszystko mu zapewnić. I zapomniałem trochę o sobie. Najbardziej przerażało mnie, jak sobie poradzę sam, jak wychowam córkę bez żony. Miałem z nią dobry kontakt, ale to za mało, nikt nie zastąpi jej mamy. Radziłem się psychologa, jak powiedzieć córce o wypadku i że mama nigdy już do nas nie wróci. Słyszałem różne rady, ale w końcu sam postanowiłem, że nie będę nikogo słuchał, tylko zrobię tak, jak sam uważam. I powiedziałem wprost, że mama miała wypadek i jest w niebie. Trudno mi opowiedzieć coś więcej o tym okresie, bo nie chcę tego rozpamiętywać. Pomogło mi to, że jeden z moich znajomych był w podobnej sytuacji i wiedziałem, że on dał sobie radę. On miał trudniej, bo sam wychowywał niepełnosprawnego syna. Wcześniej o tym nie myślałem, dopiero jak sam zostałem wdowcem z małym dzieckiem, to zacząłem zauważać ludzi w podobnej sytuacji. To mi dodawało otuchy, bo w tamtym okresie nie chciało mi się żyć. Po śmierci żony odszedłem z pracy i założyłem swoją działalność. Chciałem być bardziej niezależny i dostępny czasowo, żeby w każdej chwili móc przyjechać do córki. Wyszedłem na prostą po jakiś 3 latach. Życie się zmienia i nic się nie poradzi na to, ale staram się, żeby córka mimo wszystko miała szczęśliwe dzieciństwo – powiedział Marek.

Strata partnera niezależnie od płci i wieku zawsze jest ogromnym ciosem. Śmierć najbliższej osoby bezpowrotnie zmienia dotychczasowe życie, które od tej chwili płynie całkiem innym rytmem. Jeśli jednak odejście małżonka oznacza również samotne rodzicielstwo, poradzenie sobie w takiej sytuacji jest podwójnym wyzwaniem. Prócz tęsknoty i żalu po stracie małżonka, pozostaje świadomość, że nie tylko nasz świat rozpadł się na milion kawałków.

Zobacz także:

Zobacz wideo: O choroba! Książka, która oswaja traumę

O choroba! Książka, która oswaja traumę
O choroba! Książka, która oswaja traumę
Dzień Dobry TVN

Autor:Martyna Trębacz

Źródło zdjęcia głównego: Mactrunk/GettyImages

Pozostałe wiadomości