Pracowała w "najsłodszym zawodzie świata". "Testowaliśmy ciastka z różnych firm"

Przez 9 lat testowała ciastka z różnych firm. Jak wygląda praca sensoryka?
Przez 9 lat testowała ciastka z różnych firm. Jak wygląda praca sensoryka?
Źródło: gettyimages/CasarsaGuru
Testowanie różnego rodzaju słodkości to praca, o jakiej marzy wielu miłośników cukiernictwa. Pani Karolina doświadczyła jej na własnej skórze, próbując przez dziewięć lat rozmaitych ciastek. Jak zaczęła się jej przygoda z tak oryginalnym zajęciem i w jaki sposób wspomina ją z perspektywy czasu? Odpowiedzi na te i inne pytania kobieta udzieliła w rozmowie z Aleksandrą Kokot z serwisu dziendobry.tvn.pl.
Artykuł w skrócie:
  • Pani Karolina pracowała przez dziewięć lat jako sensoryk.
  • Do jej zadań należało testowanie oraz opisywanie atrybutów różnego rodzaju ciastek.
  • Rozmówczyni Aleksandry Kokot wspomniała przy tym, że jej praca - choć z zewnątrz mogła wyglądać na fascynującą - miała wiele wad.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo:

DD_20250809_Kucharski_rep
Czekoladowe ciastka na letnie wędrówki
Źródło: Dzień Dobry Wakacje

Jak wygląda praca sensoryka testującego ciastka?

Jak zdradziła w rozmowie z serwisem dziendobry.tvn.pl pani Karolina, testowanie różnego rodzaju słodkości towarzyszyło jej przez dziewięć lat. W jaki sposób udało jej się otrzymać tak nietypową pracę?

- Ponad 9 lat temu było takie ogłoszenie, że przyjmowali ludzi na sensorykę, na testowanie produktów. Trzeba było przejść przez tydzień egzaminów - codziennie było coś innego. W jednym dniu testowaliśmy te same ciastka z różnych firm. Później przechodziliśmy testy na słuch - szeleszczono nam jakąś folią i tak to wyglądało. Razem z moją koleżanką załapałyśmy się, w pierwszej dwudziestce, na testowanie słodyczy. Po roku dostałam certyfikat - wyjaśniła.

Gdzie odbywały się wspomniane przez naszą rozmówczynię testy?

- Jest to jedyna w Polsce firma, mieszcząca się na Bielanach Wrocławskich, która przeprowadza tego typu testowanie dla producenta. Producent sobie życzy, co np. mamy przetestować. My, rozkładając takie ciastko na czynniki pierwsze, musieliśmy określić, jakie ono jest. Tego typu informacje były cenne dla producenta - zaznaczyła.

Pani Karolina opowiedziała również, jak wyglądał jej typowy dzień w pracy sensoryka.

- Były dwie grupy - ranna i popołudniowa. Przyjeżdżaliśmy na daną godzinę i na testowaniu słodyczy spędzaliśmy dwie godziny dziennie. Nie mogliśmy pracować dłużej, bo potem zaburzał nam się cały smak i inne sensory. [...] By zniwelować dany smak, dostawaliśmy do zagryzania sucharki i wodę niegazowaną - podkreśliła.

Jak wiele ciastek testowano w ciągu dnia?

- To się różniło, ale to było mniej więcej sześć ciastek dziennie. Najpierw zaczynaliśmy od treningu - siedzieliśmy razem w grupie i tworzyliśmy atrybuty do danego ciastka. Taki trening z prowadzącą trwał trzy dni, czasem cztery, różnie. Potem każdy siedział w osobnym boksie i oceniał ciasta - wyjaśniła.

Do zadań pani Karoliny należało jak najdokładniejsze opisywanie smaku danego ciastka.

- Musieliśmy wyczuwać takie rzeczy, jak np. sól, odrobinę wanilii w ciastku śmietankowym. "Rozbieraliśmy" te ciastka, kawałek po kawałku. [...] Nigdy nie wiedzieliśmy, czy coś zrobiliśmy dobrze, czy źle. Te informacje były przetwarzane na tablecie i szły prosto do producenta - dodała.

Praca nie tak "słodka", jak mogłoby się wydawać

Choć praca, którą wykonywała pani Karolina, może wydawać się spełnieniem marzeń, rozmówczyni serwisu dziendobry.tvn.pl zapewniła, że miała wiele poważnych wad.

- Na początku było "wow", słodka praca, praca marzeń. Po jakimś czasie to już szło się z takim nastawieniem "o Jezu, znowu do tej pracy, znowu te ciastka, ciekawe, co będzie". [...] Wszyscy mówili: "jaką masz fajną pracę", a ja mówiłam, że to nie jest tak piękne, jak wygląda z wierzchu. Ktoś z boku faktycznie powie: "praca marzeń", ale ona, tak naprawdę, wcale taka nie była - wyjaśniła.

Była testerka słodkich produktów wspomniała przy tym, że, wbrew pozorom, kosztowane przez nią porcje nie należały do największych.

- Nie ma czegoś takiego, że "jesz ciastka, to na pewno przytyjesz". My nie jedliśmy całego ciastka, tylko, powiedzmy, połowę. Zanim dojechaliśmy do domu, to już wszystko dawno spaliliśmy - zaznaczyła.

Wśród wymienionych przez panią Karolinę minusów, jakie wiązały się z jej pracą, znalazły się także ciastka z krótkim terminem przydatności - to właśnie je wręczał pracodawca z okazji Świąt Bożego Narodzenia.

- Przychodziło Boże Narodzenie, a my - zamiast dostawać z pracy jakieś talony - otrzymywaliśmy ciastka z krótkim terminem przydatności. Najgorzej wspominam ciastka proteinowe, tzw. proteinki, bo bardzo źle znosił je mój żołądek - wyjaśniła.

Jak praca w słodkiej branży zmieniła podejście pani Karoliny do dostępnych w sklepach produktów?

- U mnie w domu od "x" lat nie ma ciastek, nie kupuję ich już. Wolę sama coś upiec, bo w większości jest to jedna wielka chemia. Mamy tam tłuszcz, cukier, wszystko. [...] Jedne z ciastek, takich typowych dla najmłodszych, są tak nasycone chemią, że nie dałabym ich żadnemu dziecku - podsumowała.

Zobacz także:

podziel się:

Pozostałe wiadomości