Styl życia

"Jesteś głupia, brzydka i chora psychicznie". Czy przykre słowa padające z ust partnera to akt przemocy?

Styl życia

Autor:
Magdalena
Brzezińska
Westend61/Getty ImagesPrzemoc w związku

Początek związku zwykle wiąże się wyłącznie z pozytywnymi emocjami, dopiero z upływem czasu przyzwyczajamy się do drugiej osoby i poznajemy jej prawdziwe oblicze. Jeśli na skutek zachowania partnera czujemy się niekomfortowo lub zaczynamy wątpić we własną wartość, warto przyjrzeć się temu niepokojącemu zjawisku. Ofiara przemocy psychicznej często nie zdaje sobie sprawy z problemu, który ją dotyka. Zdarza się, że usiłuje znaleźć wytłumaczenie na kąśliwe uwagi i przytyki ze strony partnera, dając mu tym samym przyzwolenie na przesuwanie granicy słownej agresji.

Przemoc psychiczna w dużej mierze oparta jest na manipulacji i niesie za sobą określone nadużycia, takie jak nieustanne upokarzanie partnera, lekceważenie jego potrzeb czy stosowanie szantażu. Najczęściej spotykanym przejawem agresji są pozornie niewinne uszczypliwości, które z czasem przybierają formę obraźliwych wyzwisk, a nawet gróźb. Niestety, ofiary tego rodzaju ataków często nie zdają sobie sprawy z tego, w jak trudnym położeniu się znalazły. Nie potrafią też stawić czoła trudnościom, ponieważ z każdym dniem tracą pewność siebie i w pewnym sensie uzależniają się od swojego oprawcy. Co czują osoby, które doświadczyły słownej agresji w związku? O tym rozmawialiśmy z psychologiem Eweliną Bazyluk oraz dwiema młodymi kobietami, które zmierzyły się z tym problemem.

Przemoc psychiczna w związku

Toksyczna relacja pozostawia po sobie bardzo głębokie rany, które najczęściej nie są widoczne gołym okiem. Słowna agresja niesie za sobą określone skutki, a nieustanne jej bagatelizowanie zachęca oprawcę do podejmowania coraz bardziej odważnych działań. Lekceważąca postawa partnera czy okazywana przez niego pogarda to niepokojące sygnały, które powinny zwrócić naszą uwagę już na samym początku znajomości.

Nie ma czegoś takiego, jak niewinne przytyki. Ten stereotyp zawiódł na manowce wiele moich pacjentek. Możemy tu mówić wyłącznie o jawnej lub utajonej agresji, a jeśli szybko nie postawimy granicy, to zakres tego zjawiska będzie się rozszerzał. Zupełnie jak w tej historii o powolnym gotowaniu żaby - jeśli podwyższamy temperaturę stopniowo, żaba nie wyskoczy z garnka i spotka ją dramatyczny los. Skutki takiego "powolnego gotowania" są dobrze widoczne w opowieściach, które można usłyszeć w gabinecie psychoterapeutycznym. Osoba mówiąca o przemocy względem siebie przeważnie kwestionuje swój osąd sytuacji i nie potrafi zrozumieć, skąd biorą się te "nieadekwatne" łzy i poczucie zranienia. Pacjentka zastanawia się: "może jestem zbyt wrażliwa, może przesadzam", bo to są przecież tylko "zwykłe żarty"

- zauważa Ewelina Bazyluk, zwracając tym samym uwagę na to, że każda uszczypliwa uwaga ze strony partnera może z czasem przybrać znamiona poważnego problemu. Związek, w którym pomniejszanie wartości drugiej osoby staje się narzędziem, umożliwiającym osiągnięcie określonych korzyści przez agresora, często prowadzi do depresji, bezsenności czy innych poważnych schorzeń. Problemy te dotykają wyłącznie ofiarę, manipulator zauważa wyłącznie zalety takiej sytuacji.

- Uważam, że powinniśmy wystrzegać się osób, które nas deprecjonują albo przynajmniej wyraźnie stawiać granice w takich relacjach. Poniżanie partnera jest ukrytym sposobem na utrzymywanie związku, to nie bierze się znikąd. Osoba, która była w dzieciństwie poniżana w sposób jawny ("Ty matole!") lub ukryty ("Jestem zdziwiona, że mimo swojego wieku jeszcze tego nie potrafisz") postrzega relacje z najbliższymi jako walkę o uznanie. W tej walce wygrany jest jeden, racja leży tylko po jednej stronie. Posiadanie władzy nad drugą osobą ma sprawić, że zaznamy upragnionego poczucia bezpieczeństwa, tymczasem jest to rozwiązanie prowizoryczne, które nie tylko nie spełnia swojej funkcji, ale również niszczy to co najpiękniejsze, czyli miłość, czułość i bliskość - podsumowuje doświadczona terapeutka.

Gesty i słowa, które ranią

Naznaczone przemocą związki, w których głównym orężem oprawcy jest słowo, często niosą za sobą także inne akty agresji. Przekonała się o tym 26-letnia Edyta, która przez wiele lat godziła się nie tylko na upokarzające obelgi ze strony partnera, ale także na rękoczyny. Nasza rozmówczyni otwarcie przyznaje, że stała się ofiarą manipulacji i emocjonalnego szantażu. Niewybredne przytyki i ciągłe awantury miały doprowadzić ją do przekonania, że na nic nie zasługuje i dlatego powinna tkwić w toksycznej relacji.

- Poświęciłam swojemu byłemu partnerowi prawie 6 lat. Przez ostatnie 7 miesięcy mieszkaliśmy razem, ale oficjalnie nie byliśmy już w związku. Myślę, że to zaczynało się dość niewinnie. Bardzo często padały z jego ust słowa: "Jak ty wyglądasz?", "Masz zamiar tak wyjść?", "Mogłabyś zrzucić trochę ciała". Dodam, że ważyłam wtedy około 50 kg przy wzroście 160 cm. Wtedy byliśmy jeszcze nastolatkami, z czasem było już tylko gorzej. Decydował o tym, jak mam się ubierać, dochodziło też do rękoczynów. Kiedy mówiłam o swoich marzeniach, o tym, że chciałabym studiować prawo w Wielkiej Brytanii, spotykałam się z ostrą reakcją. Padały komentarze typu: "Ty i studia, już to widzę, nie rozśmieszaj mnie" (ukończyłam ten kierunek z najwyższym wynikiem na uniwersytecie, który był, a właściwie nadal jest jednym z najlepszych w kraju). Krytykował mnie praktycznie w każdej możliwej sytuacji. Kiedy mówiłam o swoich potrzebach seksualnych, odgryzał się słowami: "Jesteś nienormalna", "Zachowujesz się jak nimfomanka", "Masz problem ze sobą, ile można". Regularnie prosiłam go o to, by przestał palić. Odpowiadał wtedy: "Nie jesteś ani tak ważna, ani aż tak ładna, żeby stawiać takie żądania", "Ten związek nie jest na tyle ważny, żebym mógł coś takiego dla ciebie zrobić"- wspomina 26-latka. Dodaje też, że wulgarne wyzwiska stały się w pewnym momencie standardem, była na nie narażona niemal każdego dnia.

Mężczyzna obrażał nie tylko partnerkę, ale także jej bliskich. - Bardzo często mówił, że jestem tak samo głupia jak moi rodzice, że moja rodzina jest nienormalna - kontynuuje swoją opowieść nasza rozmówczyni, która z czasem zrozumiała, że ta relacja niesie za sobą zbyt wiele cierpienia. Postanowiła wydostać się z trudnego układu, który każdego dnia odbierał jej radość życia. Przemoc, której doświadczyła Edyta, jest obecnie jedynie mglistym wspomnieniem. - Tego było znacznie więcej, ale od kilku lat jestem w fantastycznym związku i to wszystko mi się zamazuje. Tracę te szczegóły, wymykają mi się już z pamięci - podsumowuje 26-latka.

Trudna walka o siebie

Z przemocą psychiczną w związku zmierzyła się także 29-letnia Justyna, która przez blisko 4 lata żyła u boku bezwzględnego manipulatora. Parter znęcał się nad nią na wiele sposobów, a gorzkie słowa kierowane pod jej adresem padały z jego ust niemal codziennie. Na początku związku nic nie wskazywało na tak tragiczny rozwój wydarzeń, mężczyzna dopiero po czasie ujawnił swoje prawdziwe oblicze.

- Nie wiem, jakim cudem to wszystko znosiłam. Ja, taka silna i niezależna, bardzo twardo stąpająca po ziemi dziewczyna, zawsze pewna swojego zdania. Taka byłam na początku związku. Podobno tymi cechami zaimponowałam swojemu partnerowi. Poznałam go na Tinderze, był starszy o 4 lata, ja miałam wtedy 26. To on zainicjował drugą i trzecią randkę. Wydawał mi się ustabilizowaną osobą, miał dobrą pracę w banku, zajmował bardzo wysokie stanowisko. Był po rozwodzie, wszystkie formalności już miał za sobą, więc wydawało mi się, że jestem bezpieczna. Nie zgadzaliśmy się co prawda w kwestiach wiary i poglądach politycznych, ale nie stanowiło to dla mnie żadnej przeszkody. Na początku próbował ukrywać i kontrolować emocje. Z każdym kolejnym miesiącem naszego związku widziałam, jak się zmienia - wspomina 29-latka.

Relacja z poznanym w sieci mężczyzną rozwijała się w błyskawicznym tempie, dlatego Justyna bardzo długo ignorowała niepokojące sygnały, które mogły uchronić ją przed dotkliwym cierpieniem. Realne zagrożenie zauważyła dopiero w momencie, gdy partner zaczął jawnie się nad nią znęcać. Kiedy mija pierwsze zauroczenie, zaczynamy zupełnie inaczej postrzegać rzeczywistość. Dopuszczamy do głosu zdrowy rozsądek i dostrzegamy szczegóły, które wcześniej zadawały się umykać naszej uwadze. Niestety, przeważnie to niewystarczająca zachęta do tego, by podjąć decyzję o zakończeniu związku.

- Przeszkadzało mu coraz więcej rzeczy. Sugerował mi, żebym zmieniła pracę, bo przez nią poświęcałam mu za mało czasu i cierpiał na tym nasz związek. Z czasem te sugestie przybierały na sile. Regularnie podkreślał, że nikt mnie nie docenia, a ja daję się wykorzystywać. Powtarzał, że jestem głupia, bo pozwoliłam sobie wejść na głowę. Lubiłam swoją pracę, nawet bardzo, rozwijałam się tam, awansowałam w trakcie naszego związku kilkukrotnie, a mimo to codziennie musiałam wysłuchiwać jego komentarzy. To ja zarabiałam pieniądze, które wydawaliśmy na codzienne sprawunki, a jednak podczas zakupów mogłam wkładać do koszyka wyłącznie to, na co on wyraził zgodę. W kolejce do kasy, w otoczeniu innych ludzi, potrafił powiedzieć, że nie może na mnie patrzeć, że jestem głupia i brzydka, że jestem chora psychicznie i żebym zeszła mu z oczu, w przeciwnym wypadku on wyjdzie ze sklepu. To zdarzało się regularnie - przywołuje przykre wspomnienia nasza rozmówczyni.

Justyna zakończyła związek z mężczyzną, który pozostawił w jej życiu chaos i poczucie krzywdy. Nie było to łatwe, bowiem długotrwała interakcja z agresorem niesie za sobą irracjonalne poczucie przywiązania, które przez długi czas nie pozwala ofierze odejść. Partner 29-latki nieustannie ją kontrolował, zabronił jej utrzymywać kontakt z rodziną i przyjaciółmi, dopuszczał się gróźb i szantażu emocjonalnego. Kiedy usiłowała się od niego uwolnić, pokazywał zupełnie inne oblicze.

- Próbowałam od niego odejść trzy razy, pakowałam nawet swoje rzeczy, ale za każdym razem przyrzekał, że się zmieni. Przynosił kwiaty, błagał o wybaczenie i zamieniał się w anioła. To za każdym razem trwało jedynie przez chwilę. Zabijał mnie jak nowotwór, od środka, powoli, w uśpieniu. Zaatakował wszystko. 6 maja br. obudziłam się z potwornym bólem głowy, nie byłam w stanie się ruszyć. Zadzwoniłam do siostry, opowiedziałam jej o wszystkim. Kilka godzin później wyszłam z jego domu i już tam nie wróciłam. Zanim do tego doszło, przez 4 lata byłam w piekle, które na początku wydawało mi się niebem. Od sześciu miesięcy uczęszczam na terapię. W drodze do pracy, którą zmieniłam od razu po naszym rozstaniu, rozglądam się wokół i zastanawiam się, czy na niego nie wpadnę. On w tym samym czasie jest szanowanym, żartobliwym i cudownym człowiekiem biznesu - podsumowuje Justyna.

Zobacz także:

Zobacz wideo: Czy przemoc w związku da się przewidzieć?

Autor:Magdalena Brzezińska

Źródło zdjęcia głównego: Westend61/Getty Images

Pozostałe wiadomości