Pożar w barze w Szwajcarii. Poruszająca relacja Polki: "Tylko powiedz, że dziewczynki nie pojechały tam"

tragedia w Crans-Montana
GettyImages-2254286893_Easy-Resize
Źródło: Harold Cunningham/Easy Resize
Podczas sylwestrowej zabawy w barze Le Constellation w kurorcie narciarskim Crans-Montana w Szwajcarii wybuchł pożar. W tragedii zginęło co najmniej 40 osób, a ponad 100 jest rannych. Świadkowie opisywali dramatyczne sceny, jakie rozegrały się tamtej feralnej nocy. Ewa Drzyzga rozmawiała z Aleksandrą Held, Polką mieszkającą w Szwajcarii, która zna wiele osób poszkodowanych w pożarze. Zobacz wideo.

Pożar w barze w Crans-Montana - relacja mieszkanki

Aleksandra Held od 30 lat mieszka w Szwajcarii. Zna wiele osób, które dotknęła tragedia w barze Le Constellation.

- Do końca nie liczyłam tak naprawdę, ale to około 15 osób, z czego 7 czy 8 nie żyje - powiedziała. - To są dzieci, które były w klasach mojej córki od początku, od klas przedszkolnych do końca szkoły obowiązkowej. To były dzieci, które widziałam, które rosły, które przychodziły na przerwę obiadową, które przychodziły na urodziny. I to są rodzice, których znam - podkreśliła.

Le Constellation to bar, który chętnie odwiedzała młodzież. - Był dość dobrze znany młodym, nieletnim ludziom, ponieważ była to dyskoteka tak naprawdę, ale pod nazwą baru, więc mogli tam wejść. Tutaj na dyskoteki wpuszcza się dzieci dopiero od 18. roku życia. Tak że było też to taką przynętą dla młodych - tłumaczyła Aleksandra Held.

Córka jej sąsiada była w sylwestrowy wieczór w tym barze. Przeżyła tragedię, ale obecnie znajduje się w szpitalu na oddziale intensywnej terapii.

- W dzień sylwestra jeszcze rozmawialiśmy o tym, że dzieciaki mają plany jechać tam i po co tam jadą, będzie zimno, będą wracały pierwszym autobusem. Sąsiad nie bardzo był z tego zadowolony. 1 stycznia, kiedy się obudziłam i zobaczyłam pierwsze wpisy, to od razu do niego napisałam wiadomość: "Tylko powiedz, że dziewczynki nie pojechały tam". No i odpowiedzią było, że niestety duża pojechała. Jest w szpitalu - relacjonowała Polka mieszkająca w Szwajcarii.

Tragedia w szwajcarskim barze

Czy są wśród znajomych Aleksandry osoby, którym udało się uciec?

- Tak, jest córka innej znajomej, która akurat poszła "wapować" przy drzwiach. I wtedy właśnie wszyscy runęli do wyjścia, przycisnęli ją do drzwi z drugiej strony, więc nie mogła wyjść od razu. Musiała bardzo silnie odpychać się nogami. W tej chwili ma nogi posiniaczone, czarne, ale żyje i nawet nie była poparzona. Jej najlepsza koleżanka była z tyłu i w tej chwili jest w Brukseli na przeszczepach skóry. Ma oparzenia drugiego stopnia. Jeden kolega nie żyje, ta koleżanka jest poparzona, a więc ona po prostu dwa dni później poprosiła mamę, żeby jej obcięła włosy do łysa. Żeby być tak jak koleżanka - mówiła Polka.

Na miejscu tragedii tłumy osób przynoszą kwiaty, palą znicze i zostawiają zapisane karteczki.

-To teraz jest forma takiej ekspresji po prostu. Czy nawiązania kontaktu duchowego, czy po prostu wyrażenia tego bólu. (...) Zajmowałam się dystrybucją karteczek, długopisów, jakiś klamerek właśnie do przypinania tych przekazów. Wszyscy, i dzieci, i dorośli wypisywali coś. Albo dla tych zmarłych, albo dla tych, którzy są ranni, albo po prostu do rodziców, albo coś, co chcieli od siebie przekazać - opowiadała Aleksandra Held.

Całą rozmowę znajdziesz w materiale wideo.

Nie oglądałeś Dzień Dobry TVN na antenie? Wszystkie odcinki znajdziesz na Player.pl.

Zobacz także:

podziel się:
Prowadzący:

Pozostałe wiadomości