Sytuacja w schroniskach dla zwierząt - co trzeba zmienić? "Hejt i próby samosądu szkodzą"

Działaczka prozwierzęca szczerze o skandalu wokół schroniska w Bytomiu. "Hejt i próby samosądu szkodzą"
Działaczka prozwierzęca szczerze o skandalu wokół schroniska w Bytomiu. "Hejt i próby samosądu szkodzą"
Źródło: Getty Images/Anita Kot
Afera wokół schroniska dla zwierząt w Bytomiu, nagłośniona w mediach przez Dodę, ujawniła nie tylko lokalne zaniedbania, ale i głębokie wady systemu opieki nad bezdomnymi zwierzętami w Polsce. W rozmowie z PAP Katarzyna Rezler, działaczka prozwierzęca i samorządowa pełnomocniczka, wyjaśniła, dlaczego obecny model finansowania schronisk sprzyja patologiom, pozornym kontrolom i decyzjom podejmowanym kosztem zwierząt. Co, jej zdaniem, należy w nim zmienić?
Artykuł w skrócie:
  • Sprawa schroniska w Bytomiu ujawniła systemowe problemy związane z funkcjonowaniem tego typu placówek.
  • Jak wyjaśniła w rozmowie z PAP Katarzyna Rezler, kontrole instytucjonalne skupiają się na dokumentach i infrastrukturze, pomijając realną jakość leczenia, zasadność eutanazji i faktyczną poprawę warunków życia zwierząt.
  • Według ekspertki skuteczną alternatywą jest prewencja - sterylizacja psów, ich czipowanie, edukacja oraz zwiększenie odpowiedzialności samorządów, bez konieczności zmiany obowiązującego prawa.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo:

Klatka kluczowa-153883
Przegląd butów na psie łapki
Źródło: Dzień Dobry TVN

Bytom. Kontrowersje wokół schroniska

W styczniu 2026 r. Bytom znalazł się w centrum ogólnopolskiej debaty po ujawnieniu poważnych nieprawidłowości w funkcjonowaniu miejskiego schroniska dla bezdomnych zwierząt. Narastające od miesięcy sygnały od wolontariuszy i mieszkańców dotyczące złych warunków bytowych zwierząt, zaniedbań sanitarnych i podejrzeń o nieuzasadnione eutanazje przerodziły się w otwarty konflikt. Pod schroniskiem dochodziło do protestów, prób wtargnięcia na jego teren oraz agresywnych zachowań wobec pracowników. Sprawa zyskała ogólnopolski rozgłos m.in. po interwencji piosenkarki Dody, która publicznie zarzuciła kierownictwu placówki brak empatii i niewłaściwe traktowanie zwierząt.

W reakcji na eskalację wydarzeń prezydent Bytomia Mariusz Wołosz zadecydował o rozwiązaniu umowy z operatorem schroniska, zapowiedział kontrole i zmiany organizacyjne. Jednocześnie powiatowy inspektorat weterynarii informował, że wcześniejsze kontrole nie wykazywały znęcania się nad zwierzętami, lecz jedynie uchybienia infrastrukturalne. Rozbieżność ta stała się jednym z głównych punktów sporu między instytucjami a stroną społeczną i przyczyniła się do szerszej debaty o systemie opieki nad bezdomnymi zwierzętami w Polsce.

PAP: Sprawa schroniska w Bytomiu poruszyła opinię publiczną w Polsce. To jednostkowy przypadek czy objaw szerszego problemu?

Katarzyna Rezler, działaczka prozwierzęca, pełnomocnik burmistrza Aleksandrowa Łódzkiego ds. zwierząt i realizacji programu przeciwdziałania bezdomności: To objaw systemowego problemu. Bytom nie jest wyjątkiem, tylko kolejnym miejscem, w którym ten system pękł w świetle kamer i mediów. Takie historie dzieją się w Polsce regularnie, tylko rzadko kiedy wychodzą poza lokalne środowiska. Dopiero gdy pojawiają się protesty, presja medialna i zaangażowanie osób publicznych, temat przebija się do debaty ogólnopolskiej.

PAP: Co pani zdaniem sprawia, że takie sytuacje powtarzają się w różnych częściach kraju?

K.R.: Mechanizm jest w gruncie rzeczy wszędzie podobny. Gmina ma ustawowy obowiązek opieki nad bezdomnymi zwierzętami, ale bardzo często ogranicza swoją rolę do zlecenia tego zadania w drodze przetargu. W praktyce wygrywa najtańsza oferta, a kryterium ceny dominuje nad jakością opieki, zapleczem weterynaryjnym czy doświadczeniem kadry.

PAP: Co jest istotą tego mechanizmu?

K.R.: Pieniądz i sposób jego dystrybucji. System premiuje oszczędzanie, a nie dobrostan zwierząt. To nie zawsze jest kwestia złej woli konkretnych ludzi, tylko konstrukcji całego modelu, który wymusza cięcie kosztów tam, gdzie nie powinno się tego robić.

PAP: Jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów są jednorazowe opłaty za przyjęcie zwierzęcia do schroniska. Dlaczego uważa je pani za szczególnie groźne?

K.R.: Bo to model skrajnie patologiczny. Gmina płaci jednorazowo 1200, 2000 czy 2500 zł. W tej kwocie ma się zmieścić dożywotnia opieka nad zwierzęciem: wyżywienie, leczenie, praca opiekunów, utrzymanie infrastruktury. Ekonomicznie to się po prostu nie spina. Operator zaczyna zarabiać wtedy, gdy zwierzę żyje krótko albo szybko znika z systemu. To nie jest teoria spiskowa, tylko prosta matematyka.

PAP: W umowach pojawiają się też bardzo niskie stawki dzienne. Jak to wygląda w praktyce?

K.R.: Widzimy stawki rzędu 8, 10 czy 15 zł dziennie za psa, często z deklaracją, że obejmują również opiekę weterynaryjną. To są stawki całkowicie nierynkowe. Za takie pieniądze nie da się zapewnić diagnostyki, leczenia, dobrej karmy, ogrzewania czy pracy ludzi. Leczenie bywa wtedy symboliczne albo odkładane w czasie.

PAP: Instytucje kontrolne często podkreślają, że nie stwierdzają znęcania się nad zwierzętami. Skąd bierze się rozbieżność między kontrolami a relacjami społecznymi?

K.R.: Kontrole bardzo często są zapowiadane i koncentrują się na infrastrukturze i dokumentach. Sprawdza się ogrodzenia, metraż boksów, zgodność papierów, a nie to, czy pies jest faktycznie leczony, czy eutanazja była zasadna, czy dokumentacja medyczna nie jest fikcją. Papier przyjmie wszystko, zwierzę głosu nie ma.

PAP: Kto w takim razie powinien ponosić odpowiedzialność za nieprawidłowości – schronisko czy gmina?

K.R.: Oba podmioty. Schronisko odpowiada jako wykonawca, ale gmina jest opiekunem prawnym zwierzęcia. Jeżeli gmina wie albo powinna wiedzieć, że w schronisku dzieje się źle i nic z tym nie robi, ponosi współodpowiedzialność. Niezapewnienie wody, jedzenia, leczenia czy ochrony przed zimnem to znęcanie się w rozumieniu prawa.

PAP: Często podaje pani przykład Aleksandrowa Łódzkiego jako gminy, w której udało się ograniczyć bezdomność. Co było kluczowe?

K.R.: Prewencja. Zamiast wydawać ogromne środki na utrzymywanie zwierząt w schronisku, zainwestowaliśmy w bezpłatne sterylizacje i kastracje, obowiązkowe czipowanie finansowane przez gminę, szczepienia i edukację mieszkańców. Rozmawialiśmy z ludźmi, tłumaczyliśmy, dlaczego to się opłaca. Dziś mamy bardzo mało bezdomnych zwierząt.

PAP: Czy wymagało to zmiany prawa?

K.R.: Nie. I to jest bardzo ważne. Prawo już dziś daje samorządom narzędzia. Problemem nie jest brak regulacji, tylko brak woli ich stosowania.

Co można zrobić, by naprawić system funkcjonowania schronisk dla zwierząt?

PAP: Wspomina pani o obowiązkowym czipowaniu. Dlaczego jest ono istotne?

K.R.: Bo bez identyfikacji nie ma odpowiedzialności. Dopóki pies jest niczyj, można go porzucić bez konsekwencji. Powszechne czipowanie to fundament każdej sensownej polityki ograniczania bezdomności.

PAP: Kiedy mówimy o schroniskach, bardzo często pojawia się temat eutanazji. Jaką rolę odgrywa ona w tym systemie?

K.R.: To jeden z najtrudniejszych i najbardziej przemilczanych tematów. Eutanazja sama w sobie nie jest złem – bywa aktem humanitarnym. Problem polega na tym, że w systemie opartym na skrajnych oszczędnościach może stać się narzędziem zarządzania kosztami.

PAP: Jaką rolę odgrywają w tym lekarze weterynarii?

K.R.: W ogromnej większości działają etycznie. Ale system wywiera na nich presję finansową i organizacyjną. Brak niezależnej weryfikacji decyzji medycznych rodzi ryzyko nadużyć.

PAP: Czy w praktyce spotyka się pani z eutanazjami bez wyraźnych wskazań medycznych?

K.R.: Tak, takie sygnały pojawiają się regularnie, aczkolwiek schroniska, które znam osobiście, nigdy nie uśpią zwierzęcia, które rokuje. Niemniej bywają schroniska, w których usypia się zwierzęta określane jako "stare", "trudne", "agresywne", "nierokujące", bez pełnej diagnostyki, bez opinii behawioralnej, bez realnej próby leczenia. Często dokumentacja medyczna jest bardzo uboga albo wręcz symboliczna. A przecież decyzja o eutanazji powinna być ostatecznością, poprzedzoną rzetelną diagnostyką, konsultacjami i – w idealnym modelu – możliwością przekazania zwierzęcia do fundacji lub domu, który chce zapewnić mu opiekę do końca życia.

PAP: Dlaczego schroniska czasem nie chcą oddawać ciężko chorych zwierząt do adopcji lub pod opiekę fundacji?

K.R.: Boją się. Boją się, że ktoś pojedzie do innego lekarza, zrobi pełną diagnostykę i okaże się, że zwierzę było źle leczone albo nieleczone wcale. Boją się odpowiedzialności, kompromitacji, a czasem konsekwencji prawnych. Zdarza się też, że zwierzę jest "wpisane" w system kosztowy i jego wydanie oznaczałoby ujawnienie zaniedbań. To bardzo bolesne, bo mówimy o psach i kotach, które mogłyby umrzeć w domu, a nie jako numer w schroniskowym rejestrze. Pamiętajmy też, że bywały schroniska, które rejestrowały jednego psa na kilka gmin – dla jednej ten sam pies był Pimpkiem, dla drugiej Azorkiem – a każda z gmin płaciła za tego samego psa.

PAP: Czy istnieje realna kontrola nad zasadnością eutanazji?

K.R.: Bardzo ograniczona. Nie ma obowiązkowych konsultacji, niezależnych komisji ani analizy statystyk eutanazji w powiązaniu z kosztami utrzymania zwierząt. Dopóki tego nie zmienimy, pole do nadużyć będzie istniało.

PAP: Jak ocenia pani społeczne reakcje na takie afery, jak w Bytomiu?

K.R.: Emocje są zrozumiałe, ale hejt i próby samosądu często szkodzą zwierzętom. Paraliżują adopcje, zamykają schroniska na wolontariuszy, tworzą chaos. Potrzebujemy kontroli obywatelskiej opartej na wiedzy i dokumentach.

PAP: Co pani zdaniem trzeba zmienić, aby podobne kryzysy się nie powtarzały?

K.R.: Finansowanie, transparentność i realną kontrolę. A przede wszystkim myślenie długofalowe o prewencji, a nie tylko reagowanie, gdy wybucha kryzys.

PAP: Czy wierzy pani, że system da się naprawić?

K.R.: Tak, ale tylko wtedy, gdy przestaniemy udawać, że problemu nie ma. Zwierzęta nie mówią i nie składają skarg. To my musimy wziąć za nie odpowiedzialność – w uchwałach, umowach, budżetach i decyzjach. Jeśli tego nie zrobimy, kolejne afery są tylko kwestią czasu.

Zobacz także:

podziel się:

Pozostałe wiadomości