Styl życia

W 7. miesiącu ciąży usłyszała przerażającą diagnozę. "Bałam się go urodzić" - wspomina Mariola, a jej historia obrazuje potęgę matczynej miłości

Styl życia

Aktualizacja:
Archiwum prywatne Marioli Smotryckiej

Macierzyństwo to dla wielu kobiet najpiękniejszy etap w życiu, który wiąże się z nieopisanym wzruszeniem i licznymi powodami do szczęścia. Okazuje się jednak, że czasem rola matki niesie za sobą wyzwania, z którymi trudno się zmierzyć - wymaga poświęceń, odbiera spokój i staje się źródłem lęku. Przekonała się o tym 33-letnia Mariola, która po trudnej ciąży i porodzie, stanęła przed koniecznością walki o zdrowie syna.

Mariola ma 33 lata, jest pewną siebie, energiczną i uśmiechniętą kobietą. Spełnia się jako oddana mama trójki dzieci, ma też kochającego męża i dom, w którym czuje się bezpiecznie. Jednak nie zawsze tak było. Za sielankowym obrazem życia, kryje się smutna historia, pełna strachu, cierpienia i niepewności.

Szczęśliwa nowina zamienia się w rozpacz

W dniu, kiedy Mariola dowiedziała się o drugiej ciąży, miała 30 lat. Wychowywała już wtedy 5-letnią córeczkę, Lenkę. Wiadomość o kolejnym dziecku była spełnieniem jej marzeń. Razem z mężem nie mogli doczekać się pierwszej wizyty u lekarza. Niestety, ich radość nie trwała długo, wkrótce miała zmienić się w paraliżujący strach.

Od razu umówiłam się na badanie ginekologiczne, ale było jeszcze za wcześnie, by cokolwiek zobaczyć. Rutynowo pobrano mi materiał do badania cytologicznego. Po tygodniu przyszedł mój wynik, stwierdzono podejrzenie raka szyjki macicy. Całe życie przeleciało mi przed oczami

- wspomina nasza rozmówczyni. Pozytywne emocje związane z oczekiwaniem na narodziny dziecka, zaledwie w kilka sekund przybrały zupełnie inne oblicze. Kobieta nie była w stanie zachować spokoju, codziennie zastanawiała się nad tym, co przyniesie jej los.

Przy takich diagnozach nie da się myśleć inaczej, do głowy przychodzą najczarniejsze scenariusze. Musiałam nauczyć się z tym żyć, musiałam to jakoś przyswoić, ale tak naprawdę się nie dało. Codziennie płakałam, zadawałam sobie pytania, na które nie było odpowiedzi, na przykład "dlaczego ja?", "dlaczego musiało trafić na mnie?". Nie miałam sił normalnie funkcjonować. Nie mogłam cieszyć się tą ciążą, bo nie wiedziałam, co będzie dalej

- opisuje swoje przeżycia 33-latka. Na szczęście w trudnych chwilach miała obok siebie wspierającego partnera, który postanowił zrobić wszystko, by poradzić sobie z przeciwnościami losu. Podjął decyzję o zmianie lekarza, osobiście zajął się także poszukiwaniem innego specjalisty. Okazało się, że jego działania przyniosły pomyślne rezultaty, ponieważ wybrany przez niego ginekolog wykluczył obecność komórek nowotworowych w organizmie przyszłej mamy. Młodzi rodzice nie mogli jednak odetchnąć z ulgą, na ich drodze pojawiły się kolejne problemy.

Poruszająca diagnoza

Lekarz znaleziony przez partnera Marioli nie potwierdził diagnozy swojego poprzednika, wykryta podczas badań zmiana okazała się możliwa do usunięcia. Jego uwagę zwrócił jednak stan zdrowia maleństwa, które rozwijało się w brzuchu kobiety.

- Nawet nie przeszło nam przez myśl, że z dzieckiem może być coś nie tak, przecież przeszłam badania prenatalne, które powinny być przeprowadzone na tyle dokładnie, by wykazać ewentualne komplikacje. Nowy lekarz przyjrzał się dokładnie mojemu dziecku. Dziś mogę być mu wdzięczna za to, że zauważył nieprawidłowości w rozwoju mojego dzidziusia - gdyby nie to, mogłoby go z nami nie być. Skierowano nas do gdańskiego kardiologa, który zrobił echo płodu i potwierdził wadę serduszka, naprawdę poważną, tetralogię Fallota - opisuje trudny czas 33-latka. Kolejne wizyty miały na celu potwierdzenie choroby dziecka, jednak ze względu na towarzyszący jej silny stres, niewiele zapamiętała z ich przebiegu.

Lekarz z Trójmiasta zaproponował nam rozmowę z innym specjalistą, który miał nam wyjaśnić, na czym polega to schorzenie. Umówiliśmy się na spotkanie kolejnego dnia. Niewiele pamiętam, nie docierały do mnie żadne słowa lekarza, nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak się stało, dlaczego trafiło właśnie na nas, przecież dopiero co odzyskałam wiarę, a za chwilę mogłam stracić syna. Tych przeżyć nie da się opisać i nie życzę nikomu, aby się z nimi zmagał. Codziennie płakałam, pocieszaliśmy się nawzajem, ale niewiele to dawało

- wspomina nasza rozmówczyni. Podkreśla też, że emocje związane z takimi doświadczeniami, zapisują się w pamięci na całe życie. Kobieta czuła się samotna i wyczerpana, mimo troski i wsparcia bliskich osób, wciąż miała wrażenie, że musi mierzyć się z problemami sama. Niepokoiła ją także kwestia opieki nad 5-letnią córką, której nie mogła poświęcić wystarczająco dużo uwagi. Mariola przyznaje, że był to najtrudniejszy czas w jej życiu.

Trudny poród i walka o życie syna

Pełne strachu i cierpienia miesiące ciąży sprawiły, że kobieta znalazła się na skraju wyczerpania psychicznego. Miała za sobą wiele tygodni zmagań ze skrajnymi emocjami i nikt nie mógł jej zagwarantować, że wszystko dobrze się skończy. Kiedy nadszedł termin rozwiązania, trudne przeżycia skumulowały się, a samopoczucie Marioli uległo znacznemu pogorszeniu. Lekarze podjęli decyzję o zabiegu.

W dniu porodu byłam tak zblokowana psychicznie, że nie mogłam urodzić syna siłami natury. Podczas rutynowego badania po prostu zemdlałam z wrażenia. Bałam się go urodzić, bo wiedziałam, że dopiero wtedy zacznie się nasza walka o jego życie, a w brzuchu był według mnie bezpieczny. Niestety, jego tętno spadało i konieczne była cesarskie cięcie. Nie mogłam go nawet dotknąć, kiedy go wyjęli. Pokazali mi tylko jego buźkę i od razu go zabrali, ponieważ potrzebował natychmiastowej pomocy. Mój partner, Dominik, zdążył jedynie nagrać filmik i zrobić zdjęcia

- opisuje pobyt w sali operacyjnej 33-latka. Powitanie na świecie dziecka zwykle wiąże się z poczuciem szczęścia i nieopisanym wzruszeniem. Mariola stanęła przed obliczem dramatu, który nie powinien dotknąć żadnej kobiety. Kolejne dni także wiązały się z trudnymi doświadczeniami.

Daruś urodził się z małopłytkowością, dostawał leki, a wokół niego było pełno maszyn, które utrzymywały go przy życiu. To był przerażający widok, z którym nie potrafiłam się oswoić. Nie mogłam go dotknąć. Nie mogłam go nakarmić. Nie mogłam go przytulić. Nie mogłam zrobić kompletnie nic

- w poruszających słowach opisuje swoje doświadczenia nasza rozmówczyni. Podkreśla też, że podczas pobytu w szpitalu nieustannie towarzyszył jej strach. Czuła się bezradna i przytłoczona, brakowało jej osoby, która podniosłaby ją na duchu i podpowiedziała, jak sobie z tym wszystkim poradzić . Nie mogła liczyć na pomoc psychologa, a zajęty pracą partner pojawiał się tylko wtedy, gdy pozwalały mu na to obowiązki służbowe. Ze względu na pogarszający się stan zdrowia, syn Marioli został przeniesiony do innej placówki. Kobieta, która wciąż odczuwała silny ból brzucha po zabiegu cesarskiego cięcia, nie opuszczała dziecka na krok. W tych trudnych chwilach to jego dobro było dla niej najważniejsze. Odsuwała na bok własne potrzeby, by trwać przy bezbronnym, udręczonym chorobą noworodku.

- Byłam szczęśliwa, że mogę przy nim być, ale jego cierpienie nie dawało mi spokoju. Lekarze codziennie poddawali go bolesnym zabiegom, więc zaciskałam zęby i płakałam razem z nim - wspomina 33-latka. Jakiś czas później okazało się, że jej syn, oprócz poważnej wady serca, ma także niezwykle rzadką wadę genetyczną. Młodzi rodzice poświęcili wszystko, by zapewnić mu należytą opiekę. Doświadczyli skrajnych emocji, wysłuchując opinii różnych lekarzy, spędzili wiele godzin na szpitalnych korytarzach, oczekując na pomyślne zakończenie kolejnych zabiegów. Kiedy wreszcie pozwolono im zabrać dziecko do domu, musieli przeznaczyć sporo czasu i energii na rehabilitację dziecka.

Nie umiałam cieszyć się z życia. Poświęciłam się dla syna, bo tego wymagał. Nikt nie mógł mi pomóc. Miałam pretensje do Boga, zastanawiałam się jakie grzechy popełniłam, że moje dziecko musi za to płacić tak wysoką cenę. Musiałam zrezygnować z kariery i w tamtej chwili nie umiałam sobie z tym poradzić. Wcześniej uwielbiałam kontakt z ludźmi, wszędzie było mnie pełno. Po drugim porodzie moja codzienność całkowicie się zmieniła. Obecnie pięć razy w tygodniu uczęszczam na zajęcia terapeutyczne, odwiedzam logopedę, psychologa, fizjoterapeutę, rehabilitanta i neurologopedę. Wada genetyczna przysparza najwięcej problemów, ciągle dochodzi też coś nowego, dlatego mamy specjalistów od wszystkiego

- opisuje swoją codzienną rutynę Mariola. Kobieta zwraca uwagę na to, jak rzadko mówi się o kobietach, które doświadczają podobnych komplikacji w życiu. Jej zdaniem w takich sytuacjach niezbędna jest pomoc psychologa, ponieważ samodzielne zmaganie się z problemem może prowadzić do poważnych zaburzeń, wycofania się z normalnych aktywności, a co gorsza - do utraty nadziei.

Archiwum prywatne Marioli Smotryckiej

Po burzy zawsze wychodzi słońce

Mariola przez wiele miesięcy usiłowała poradzić sobie z trudnymi przeżyciami, jakie towarzyszyły jej tuż po narodzinach syna. Macierzyństwo miało w jej ocenie dwa oblicza, z jednej strony dawało radość i poczucie bezgranicznej miłości, z drugiej - przynosiło wyzwania, którym niełatwo było sprostać. Kobieta w końcu poukładała swoje życie tak, by móc poświęcać wystarczająco dużo uwagi choremu synowi, ale nie zapominać też o potrzebach starszej córki. Zdecydowała się także na terapię, która pozwoliła jej zrozumieć i przepracować głęboko skrywane emocje. Właśnie wtedy okazało się, że czekała na nią miła niespodzianka od losu. Na świecie pojawiło się dziecko, które zmieniło rzeczywistość całej rodziny.

Nie żałuję tej decyzji. Od samego początku była to wzorowa ciąża, którą w końcu mogłam się cieszyć. Nie czułam już paraliżującego strachu, było tak, jak powinno być. 1 stycznia urodziłam drugiego syna i poczułam się naprawdę szczęśliwa. Mogłam z nim być od samego początku, mogłam go przytulić, pocałować, patrzeć na niego i karmić. Dał mi wszystko to, czego nie doświadczyłam z Darusiem. Czułam się wolna i spełniona, moja głowa w końcu ochłonęła. Czasem mam wrażenie, że mój syn uratował moją psychikę. Nie zrozumie tego osoba, która nigdy tego nie przeżyła. Odkąd urodził się Dawid, jest mi naprawdę o wiele łatwiej. Nareszcie jestem w stanie normalnie funkcjonować i zajmować się wszystkimi moimi dziećmi. Potrafię się uśmiechać, rozmawiać z ludźmi, nawiązałam nawet nowe znajomości i jest mi o wiele łatwiej… nam jest o wiele łatwiej, bo nie tylko o moje życie chodzi, ale o życie całej naszej rodziny. Cieszymy się z każdego dnia i staramy się rozwiązywać problemy wspólnie. Jeśli zdarzają się trudne dni, potrafimy sobie z nimi radzić

- podsumowuje Mariola. Kobieta regularnie spotyka na szpitalnych korytarzach kobiety, które zmagają się z podobnymi problemami. Dzielne i zdolne do wszelkich poświęceń matki, w milczeniu niosące ciężar choroby dziecka. 33-latka ze łzami w oczach wspomina najtrudniejsze chwile, trudno jej mówić o operacjach syna, o jego cierpieniu i strachu, który sama odczuwała każdego dnia. Obecnie ma jednak wrażenie, że dzięki tym przeżyciom stała się silniejsza. Widząc rozpacz innych matek, stara się udzielać im wsparcia, oferuje im to, czego sama bardzo potrzebowała w najtrudniejszym momencie życia.

Archiwum prywatne Marioli Smotryckiej

Zobacz także:

Zobacz wideo: Ciąża i poród kobiet niepełnosprawnych

Autor: Magdalena Brzezińska

Pozostałe wiadomości