Wasze historie

Polscy wolontariusze byli we Lwowie podczas ostrzału. "Pięć sekund wcześniej żartowaliśmy"

Wasze historie

Autor:
Adam
Barabasz
Grupa polskich wolontariuszy

Klaudia, Magda, Adrian i Jasiek wyruszyli z Warszawy do Lwowa. Gdy dotarli na miejsce na północną część miasta spadły rosyjskie rakiety. W rozmowie z serwisem dziendobry.tvn.pl zdradzili, jak ostrzał wyglądał z naprawdę bliska.

Ostrzał Lwowa

W sobotnie popołudnie, 26 marca 2022, szef obwodu lwowskiego Maksym Kozycki potwierdził, że doszło do ataku rakietowego. Nad miastem unosiły się kłęby dymu, władze zaapelowały o spokój i nieudostępniania w mediach społecznościowych lokalizacji wybuchów oraz niewykonywanie zdjęć.

- Byliśmy w punkcie kontrolnym, kiedy uderzyła pierwsza rakieta, nie wierzyliśmy, że to się wydarzyło - mówi Klaudia. - Odruchowo zabrałam żołnierzowi nasze paszporty z ręki, żeby zabezpieczyć dokumenty. Gdy uderzyła druga wyskoczyliśmy z samochodu. Wiedzieliśmy, że to było blisko - dodaje

W Warszawie został mąż Klaudii, który na wiadomość o ataku zareagował w wyjątkowy sposób. Zapytany, czy ostrzał sprawi, że przestaną jeździć do Ukrainy z pomocą - Bardzo byśmy chcieli nie musieć tam jeździć - stwierdza - Gdybym zdążył wyrobić paszport, byłbym tam z nimi - dodaje.

Wojna w Ukrainie

Ewakuacja dzieci z Charkowa
Ewakuacja dzieci z Charkowa Dzień Dobry TVN
wideo 2/16

Napływ wiadomości o wojnie sprawił, że powoli stają się one dla nas codziennością. Coraz mniejsze wrażenie robią zdjęcia zniszczonych budynków, czołgów jeżdżących ulicami miast oraz niezliczonej rzeszy rannych. Wojna oglądana z bezpiecznego dystansu znieczula jak każdy nadmiar złych wiadomości. Jak podkreśla wolontariuszka, atak oglądany z bliska, jest doświadczeniem paraliżującym.

- Żołnierze nagle zniknęli nam z oczu, ludzie się zatrzymali, to była chwila zmrożenia. Nie wiedzieliśmy, co mamy robić, schowaliśmy się w rowie, który był obok drogi. Widzieliśmy dym i słyszeliśmy wybuchy. Wyszli do nas mieszkańcy okolicznych domów. Zapytali: "po co wy się tu dzieciaki pchacie". Opowiedzieliśmy, że przyjechaliśmy z pomocą. Podziękowali nam, a później zaczęli płakać i tłumaczyć, że w tej części Lwowa do tej pory było spokojnie. Potem przybiegł żołnierz, krzycząc: "do schronu".

W schronie pojawiły się wątpliwości.

- To nas przybliżało do jakiegoś bardziej strategicznego punktu - relacjonuje. - Wszyscy krzyczeli, żeby wyłączyć telefony, nastoletnie dziewczyny bez przerwy gdzieś dzwoniły. Dopóki nie pojawiły się oficjalne przekazy, byliśmy przekonani, że uciekamy przed ostrzałem blokowiska, a to potęgowało przerażenie. Ludzie w bunkrze panikowali i twierdzili, że rakiety uderzyły w bloki. Schroniliśmy się, zanim paliwo zaczęło się palić, więc nie widzieliśmy czarnego dymu. Cała sytuacja była abstrakcyjna - zaznacza.

Kilka godzin wcześniej nic nie zapowiadało zbliżającego się ostrzału. Grupa wolontariuszy planowała nocleg i odpoczynek we Lwowie. Miła atmosfera w ciągu dnia uspokoiła czujność. - Pięć sekund wcześniej żartowaliśmy - zaznacza Klaudia.

- Wjeżdżając do miasta rozmawialiśmy o tym, jak żyją ludzie we Lwowie, jeżeli w ciągu dnia mają pięć alarmów bombowych i nic się nie dzieje. Chwilę później zobaczyliśmy uderzenia rakiet. - wspomina.

Chęć niesienia pomocy

To nie był ich pierwszy wyjazd do Lwowa. Mają za sobą działania w punktach recepcyjnych, pomoc zwierzakom na dworcu w Warszawie czy sortowanie darów na drugą stronę granicy. Są w stałym kontakcie z zaprzyjaźnionym miastem w Ukrainie - zanim wyruszyli w podróż do Lwowa zostawili tam część zebranych darów. Dzisiejsza sytuacja, choć ryzykowna, nie zmieniła ich przekonania o słuszności działania.

- Czujesz strach, ale instynkt mówi ci, że uda ci się uratować - zdradza. - To oczywiście powinna być świadoma i przemyślana decyzja, żeby w ogóle przekraczać granicę. Trzeba też umieć ocenić swoje możliwości psychiczne. Dla mnie najgorsze jest to, że to są ludzie, którzy są naprawdę blisko nas. Żyliśmy w przeświadczeniu, że Ukraina jest smutna, biedna i tam się nic nie dzieje. Jeżdżąc tam uświadomiłam sobie, że kobiety, które spotykam, to nie są tylko złamane życiem matki z dziećmi, ale także dziewczyny takie jak ja. Jesteśmy w podobnym wieku, mamy podobne zawody, wykształcenie. One też chcą świetnie wyglądać, dobrze się ubierać, kochają kosmetyki. Najtrudniejsze jest dla mnie to, że patrzę na ludzi, którzy prowadzili życie bardzo podobne do mojego i z dnia na dzień stracili wszystko - podsumowuje.

Mimo bardzo trudnych doświadczeń deklarują, że wrócą do Ukrainy pomagać. Żeby móc działać na szerszą skalę założyli zbiórkę dostępną tutaj.

Jesteśmy serwisem kobiecym i tworzymy dla Was treści związane ze stylem życia. Pamiętamy jednak o sytuacji w Ukrainie.  Chcesz pomóc? Sprawdź, co możesz zrobić. Pomoc. Informacje. Porady.

Zobacz także:

  • 30 lat doświadczenia
  • Od 2014 roku z misją w Ukrainie, z biurem pomocowym w Kijowie
  • Opiera się na 4 zasadach: humanitaryzmu, bezstronności, neutralności i niezależności
  • Regularnie publikuje raporty finansowe ze swoich działań

Autor:Adam Barabasz

Źródło zdjęcia głównego: Pomagamy Bez Nazwy / Archiwum prywatne

Pozostałe wiadomości