Michaelina Wautier - triumf kobiet w sztuce
Wystawa w Królewskiej Akademii w Londynie jest czymś więcej niż tylko pokazem malarstwa. To symboliczny gest przywracania głosu kobietom, które przez wieki pozostawały w cieniu historii. Ekspozycja "Michaelina Wautier" prezentuje nie tylko jej "Triumf Bachusa", ale również inne prace, które rzucają nowe światło na twórczość artystek na przestrzeni wieków. Organizatorzy podkreślają, że to największy w historii przegląd dzieł Wautier, a zarazem część szerszego ruchu w świecie sztuki, który dąży do równowagi i sprawiedliwości.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo.
Coraz więcej muzeów na całym świecie rewiduje swoje kolekcje, odkrywając nieznane obrazy kobiet. Jak wskazała historyczka sztuki Katlijne Van der Stighelen, kobiety były systematycznie pomijane w kanonie - dziś jednak ich dzieła zyskują nowe życie.
Wystawa w Londynie przypomina, że wiele z najpiękniejszych obrazów, które przez lata uchodziły za dzieła mężczyzn, w rzeczywistości wyszło spod pędzla kobiet. To także ważny sygnał dla przyszłych pokoleń artystek, że talent i pasja zawsze znajdą swoje miejsce, nawet jeśli historia przez chwilę o nich zapomni.
Na czym polega fenomen obrazu "Triump Bachusa"?
"Triumf Bachusa", niegdyś należący do arcyksięcia Leopolda Wilhelma Austriackiego, to obraz tak ogromny i ambitny, że na początku XX wieku Gustav Glück, kustosz malarstwa flamandzkiego w "Kunsthistorisches Museum", oświadczył, że nie może być dziełem kobiety. Jednak Wautier wstawiła się po prawej stronie obrazu, patrząc prosto na nas: buntownicza, wojownicza i z odsłoniętymi piersiami.
Choć autorstwo tego dzieła błędnie przypisano bratu artystki, inne obrazy, z których niektóre przypisano jej jeszcze w 2020 r., zostały przypisane flamandzkim mistrzom, takim jak Anthony van Dyck.
Wautier została od tamtej pory okrzyknięta "największym artystycznym odkryciem stulecia". Dla van der Stighelen jest wyjątkową, wszechstronną artystką, której zakres artystyczny (obejmujący portrety, sceny historyczne, martwe natury i obrazy rodzajowe) dorównywał jedynie flamandzkiemu mistrzowi Peterowi Paulowi Rubensowi.
Zapomniane mistrzynie sztuki
Artemisia Gentileschi zaczęła malować jako nastolatka, ucząc się pod okiem ojca, Orazia Gentileschiego, bliskiego przyjaciela Caravaggia. Jej pełne emocji obrazy, takie jak "Autoportret jako św. Katarzyna Aleksandryjska", przez wieki przypisywano mężczyznom. Dopiero w 2017 roku formalnie uznano, że to dzieło wyszło spod ręki kobiety. Przedstawiając siebie jako męczennicę, artystka symbolicznie odniosła się do własnych doświadczeń przemocy i walki o sprawiedliwość. Jej twórczość ukazywała kobiety silne, waleczne, często mszczące się za krzywdy - wbrew ówczesnym wyobrażeniom o kobiecej łagodności.
Podobny los spotkał Judith Leyster, której obrazy rodzajowe, pełne życia i radości, przypisywano przez dziesięciolecia Fransowi Halsowi. Dopiero przypadkowe odkrycie jej inicjałów pod podpisem Halsa przywróciło jej należne miejsce w historii.
XX wiek również nie był łaskawy dla artystek. Baronowa Elsa von Freytag-Loringhoven, ekscentryczna niemiecka dadaistka, tworzyła konceptualne dzieła na długo przed tym, jak świat poznał Marcela Duchampa. Jej praca "Bóg", wykonana z żeliwnego syfonu i skrzynki uciosowej, była jednym z pierwszych przykładów sztuki "readymade", ale przez dekady przypisywano ją mężczyźnie - Mortonowi Schambergowi. Dopiero na początku XXI wieku jej nazwisko zaczęło pojawiać się w katalogach.
Podobnie Margaret Keane, której charakterystyczne portrety dzieci o wielkich oczach stały się ikoną popkultury lat 60., przez lata podpisywał jej mąż, Walter Keane. Dopiero proces sądowy i film "Wielkie oczy" Tima Burtona z 2014 roku ujawniły prawdę o autorstwie prac.
Zobacz także:
- Polska ma własnego van Gogha. Ekspertyzy potwierdziły autentyczność obrazu
- Nie mieli pojęcia, co wisi na ścianach ich domu. Zaginiony obraz odnaleziony po 133 latach
- Pierwszy, dopiero odkryty obraz Jana Matejki pójdzie pod młotek. "Zawsze szukamy perełek"