Proces w sprawie śmierci 46-latka śmiertelnie pogryzionego przez psy. "Zjadają mnie żywcem"
W Sądzie Okręgowym w Zielonej Górze rozpoczął się proces dotyczący tragicznej śmierci pana Marcina z Puław, dotkliwie pogryzionego przez owczarki należące do byłego funkcjonariusza policji.
Właściciel owczarków odpowiada przed sądem
Prokuratura oskarżyła właściciela agresywnych psów o spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu skutkującego śmiercią, a także o znęcanie się nad zwierzętami. Mężczyzna nie przyznał się do winy.
- Oskarżam Piotra M. o to, że w kompleksie leśnym niedaleko MOP pokrzywdzonemu atakujące psy zadały liczne, wielomiejscowe rany kąsane, szarpane i darte. Następstwem czego, w obliczu zaistniałej niewydolności wielonarządowej, była śmierć pokrzywdzonego – mówił na sali rozpraw prokurator.
- Chcę być na wszystkich rozprawach, chociaż wiem, że będzie to dla mnie trudne i bolesne – mówi pani Joanna, partnerka zmarłego mężczyzny.
- Mam nadzieję, że oskarżony dostanie karę adekwatną do popełnionej zbrodni – zaznacza kobieta.
Uwaga! TVN. 46-letni kierowca z Puław został pogryziony przez psy
Tragiczne wydarzenia spod Zielonej Góry, do których doszło rok temu, nadal wzbudzają ogromne emocje. Przypomnijmy: pan Marcin, 46-letni kierowca z Puław, podczas postoju wybrał się do lasu okalającego parking. Zaatakowały go biegające bez opiekuna owczarki. Jak się okazało, były to psy należące do byłego policjanta i jednocześnie właściciela pobliskiej strzelnicy.
Według naszych nieoficjalnych ustaleń, agresywne psy przez ponad godzinę gryzły mężczyznę, zadając mu ogromne cierpienie. Mimo bólu ranny kierowca zdołał jednak zadzwonić na numer 112.
- Napadły mnie psy. Zjadają mnie żywcem. Tu gdzieś jest strzelnica w lesie. Leżę tu już godzinę. Wykrwawiam się na śmierć. Proszę, pomóżcie mi. Leżę gdzieś 30 metrów od autostrady. Za strzelnicą. Słyszę strzały - mówił mężczyzna.
- Jestem wstrząśnięta, jak właściciel takich psów nie zorientował się przez godzinę, że jego zwierząt nie ma na posesji. Nie szukał ich. Nie zrobił nic, wiedząc, że te psy stanowią realne zagrożenie dla ludzi – mówi pani Joanna.
Połączenie z numerem alarmowym nastąpiło o 13:30. Jednak zanim ratownicy dotarli na miejsce i odnaleźli w lesie pogryzionego mężczyznę, upłynęło sporo czasu.
- Marcin, dzwoniąc na 112 mówił, że dzieje się to od godziny. Czyli właściciel strzelnicy przez godzinę strzelał i nie zdejmował słuchawek? Dla mnie to niemożliwe. Nie słyszał, że ktoś krzyczy i woła o pomoc? Psy jak gryzły, to wydawały z siebie dźwięki – podkreśla pani Joanna.
Dlaczego właściciel psów nie zadzwonił na pogotowie?
Dyżurujący oficer policji, słysząc o pogryzieniu przez psy, zadzwonił do właściciela strzelnicy - Piotra M., aby sprawdzić, czy chodzi o jego psy. Mężczyźni znali się z pracy w policji. Kiedy Piotr M. usłyszał o wypadku, zaczął szukać swoich psów. Pobiegł w miejsce, z którego dobiegały krzyki. Pięć minut później właściciel psów odnalazł rannego, zabezpieczył psy, lecz wezwanie pogotowia zlecił dyżurnemu policji.
- Zadzwonił do kolegi, żeby wezwał pogotowie. Nawet nie przyszło mu do głowy, że trzeba ratować człowieka, który leży na ziemi i jest pogryziony przez jego psy. Nie przyniósł Marcinowi nawet wody, chociaż o to prosił – oburza się partnerka zmarłego mężczyzny.
Dlaczego właściciel psów zaniechał natychmiastowego udzielenia pomocy? Dlaczego sam nie wezwał pogotowia? Karetka z pewnością dojechałaby szybciej. Tymczasem ratownicy błądzili po lesie.
- Wymagany był pilny transport pacjenta, a niestety teren był bardzo trudny – wąskie, leśne dróżki. I zajęło to trochę czasu – mówi Marcin Gałecki z Pogotowia Ratunkowego w Zielonej Górze.
- Ten mężczyzna był wyziębiony. Miał liczne rany. Udało się ustalić, że zdarzenie miało miejsce około dwie godziny wcześniej – dodaje Marcin Gałecki.
- Dla mnie to niedorzeczne, niezrozumiałe. Jak się widzi pokrzywdzoną osobę, to pierwsze, co się robi, to dzwoni się po pomoc – podkreśla pani Joanna.
Po kilkudniowej walce lekarzy o życie pana Marcina mężczyzna zmarł. Urazy ciała okazały się zbyt rozległe.
Wnioski obrońców Piotra M.
Podczas procesu obrońcy oskarżonego wnioskowali o ponowne rozpatrzenie sprawy przez prokuraturę.
Sąd odrzucił wniosek obrońców Piotra M., natomiast sam oskarżony złożył obszerne wyjaśnienia. W zeznaniach właściciel psów podkreślał swoje przywiązanie do zwierząt, opisywał doświadczenia z wieloletniej hodowli owczarków.
Owczarki osaczyły ofiarę?
Miejsce, w którym odnaleziono rannego pana Marcina, to leśna, widna polana, znajdująca się około 150 metrów od autostrady. Rzeczy osobiste ujawnione przy rannym świadczą o tym, że mężczyzna nie był w stanie uciekać. Prawdopodobnie owczarki natychmiast osaczyły ofiarę, traktując mężczyznę jako łup.
Piotr M. nie przyznał się do zarzucanych czynów. Jego obrońcy sugerowali dziennikarzom, że do wypadku mogło dojść z winy nieznanych sprawców.
- Jeżeli w ogóle było jakieś działanie, to działanie co najwyżej nieumyślne. Sposób wydostania się tych psów na zewnątrz. Siatka tuż po zdarzeniu była przecięta – mówi adwokat Witold Majchrzak, obrońca oskarżonego Piotra M.
- Mam żal do właściciela strzelnicy, że niedostatecznie zabezpieczył psy. Mam żal do ludzi, którzy o tym wiedzieli, a nie zrobili nic. Wydawało im się, że to jest ich folwark, mogą robić co zechcą i nikt nigdy nie poniesie za to żadnych konsekwencji. A co z ludźmi, którzy tam spacerowali? – pyta pani Joanna.
- Zależy mi na tym, żeby to było ostrzeżenie dla innych ludzi, którzy w niewłaściwy sposób traktują swoje zwierzęta. Powinni je kochać, a ich nie kochają. Ja o tym, co się stało, myślę każdego dnia, w każdej godzinie. O tym, jak Marcin cierpiał, jak bardzo czuł się samotny i niezdolny, żeby coś zrobić. Kładę się spać i o tym myślę, wstaję i o tym myślę – kwituje pani Joanna.
Wszystkie reportaże Uwagi! można obejrzeć w Player.pl >>>
Zobacz także:
- Kim są pijani piraci drogowi? "Wyłącza się myślenie"
- Sprzedawała samochód i… stała się ofiarą złodziejki tożsamości
- Strach na drodze. Dlaczego Polacy jeżdżą tak niebezpiecznie?