Parenting

Kartki z pamiętnika matki. "Usłyszałam od lekarki: Ja pani dzieciaka pilnowała nie będę"

Parenting

Autor:
Patrycja
Sibilska
Zdenerwowana kobieta rozmawia z lekarką

Zastanawiam się czasem dlaczego nie jest chory na jakąś chorobę, która budzi litość, chęć pomocy, chorobę na którą opracowano leki, terapie. Leżałby w szpitalnym łóżku, ludzie wokół w białych kitlach dbaliby o to, żeby jak najszybciej doszedł do zdrowia. Mogłabym go karmić, dotykać dłoni, czytać mu i wierzyć, że jeszcze miesiąc, dwa i wyjdzie zdrowy, będzie się uśmiechał, pojedzie na wakacje i wróci z nich bogatszy o nowe przyjaźnie, wspomnienia i dziecięce przygody. Zamiast tego jest wstyd, zażenowanie, próby wyjaśnienia lekarzom, że ja już nie chcę im przeszkadzać w pracy, że chcę tylko pomocy, że nie ja zdecydowałam o tym, żeby spędzić noc w sali szpitalnej, którą musieli dla mnie i dla niego przeznaczyć. 

Piątek - to miał być kolejny dzień walki o lepsze

W piątek miał terapię, udało nam się, bo lista osób oczekujących do terapeutów w ośrodku Monaru dochodzi do 500 osób. Ta liczba przeraża, daje do myślenia, jak duża jest skala problemu.

Problemy nastolatków

Tajemnica mózgów nastolatków
Tajemnica mózgów nastolatków Dzień Dobry TVN
wideo 2/6

O 12:50 byliśmy na miejscu, mógł jechać sam, ale poranek zweryfikował plan. Wstał o 7:00, przypomniałam mu, że o 13:00 ma spotkanie z terapeutką. Nawet się ucieszył, sam prosił, żeby to była ona, bo już na pierwszym spotkaniu złapał z nią bardzo dobry kontakt, a to w każdej terapii połowa sukcesu. O 10:00 przyszedł i powiedział:

- Muszę jechać wcześniej, bo umówiłem się z Z. - poinformował mnie tonem do którego nie ma sprzeciwu, bo przecież Z. to "przyjaciółka", a ona go teraz potrzebuje.

- Posłuchaj, jest 10:00, zanim dojedziesz do Warszawy będzie 12:00, w W. będziesz o 12:30/40, nie ma szans, żebyś wrócił do centrum na 13:00 - starałam się zachować spokój, ale narastała we mnie wściekłość, bo wiedziałam, że ta dziewczyna wie, ale nie robi sobie z tego nic, bo przecież ona "potrzebuje" w tym momencie "wsparcia". Chwyciłam za telefon, napisałam do niej, że ma terapie, że nie zdąży na nią jeśli pojedzie spotkać się z nią i że bardzo proszę, aby to uszanowała. Dostałam odpowiedź, że ona wie, ale zapewnia, że dopilnuje by był na czas. Nie ufam jej, kłamie zawsze, choć jest mi jej też zwyczajnie szkoda, bo to kolejna ofiarą koszmarnej rzeczywistości. Bezbronne dziecko, które ulega wpływom i manipulacjom, narażone na sytuacje, których żaden człowiek w tym wieku nie powinien doświadczać. Poznali się, kiedy mieszkaliśmy w W. Ta sama szkoła, to samo otoczenie. Okaleczające się nastolatki, chłopcy na hulajnogach, brak miejsca do wspólnego spędzania czasu. Znaleźli sposób, zbierali się na zielonym terenie jednego z biurowców. Ktoś przyniósł alkohol, ktoś inny tabletki, wykradzione z apteczki rodziców. Dealerzy wyczuli, że to idealne miejsce, żeby podrzucić alternatywne środki. Każde z nich z "dobrego domu", choć rodzice bywali w nich rzadko. Ktoś musiał pracować na kredyt, drogie auto, eksluzywne wakacje, szkoły, prestiżowe ubrania i sprzęty, a oni spadali w otchłań nastoletnich dramatów. Nie wszyscy, nie każdy miał taką samą sytuację, ale wszyscy mieszkali w tym samym miejscu. Wokół zadbane budynki, na każdym rogu plac zabaw dla maluszków. Oni mieli kawałek trawnika i McDonald's. To w tych miejscach coraz częściej można było spotkać zataczające się dzieci, głośno śmiejące się nastolatki o 2 nad ranem, wulgarnych chłopaków i bardzo drogie auta, podjeżdżające od czasu do czasu do obu miejsc. Chodziłam tam, patrzyłam w oczy dealerom, pytałam ochronę dlaczego nie ma tu policji, dlaczego nikt nic nie robi. Do władz dzielnicy non stop wpływały wnioski o stworzenie miejsca dla dzieciaków starszych, ale nikt nie widział priorytetowej potrzeby... Pozostało się tylko wyprowadzić, zanim będzie za późno. Jednak nie wiedziałam, że już jest, że nawet jeśli wywiozę dzieci z daleka, Ci ludzie tak łatwo nie odpuszczą. Mój starszy syn odciął się od tamtego życia, jemu się udało, choć nie było łatwo, gruba kreską przekreślił starych znajomych z dzielnicy.

- Posłuchaj, jeśli teraz nie pojedziesz na terapię, uznam to za koniec moich starań. Chcę ci pomóc, ale to ty przede wszystkim musisz ustalić swoje priorytety. Albo ratujesz siebie i swoje życie, albo machina nieudolnego systemu zacznie działać i wtedy ja będę mogła tylko patrzeć, jak staczasz się na dno - nie mogłam już łagodnie tłumaczyć. Coś w końcu musi nim wstrząsnąć - pomyślałam.

Pyskował, zaczął rzucać przedmiotami, ale dość szybko się uspokoił. Odwołałam swoje spotkanie z terapeutką, wyjaśniłam, że muszę go zawieść na terapię, bo mam obawy, ze jak tego nie przypilnuje, on na nią nie trafi.

Po drodze poinformował Z., że nie da rady do niej przyjechać przed terapią i że mogą się spotkać po niej, ale w centrum, bo później tez jest umówiony. Przyjechała, widzieli się chwilę, ale ta chwila zmieniła wszystko...

Kiedy wyszedł od terapeutki, uśmiechał się, żartował.

- Pani powiedziała, że rozmawia się ze mną jak z dorosłym. Może sam kiedyś będę psychologiem - powiedział.

- Myślę, że mógłbyś być w tym świetny - odpowiedziałam, bo jestem przekonana, że z jego empatią mógłby pomóc wielu ludziom.

- To pa! Ja tu idę, bo Z. przyjechała, później idę do znajomych na Pola Mokotowskie.

- Dobrze, ale proszę wróć wcześniej i uważaj na siebie.

18:30 zadzwonił telefon. To była jego dziewczyna, ta która po ostatnich nieprzyjemnych sytuacjach z nim zerwała.

- A.? Słucham - odebrałam, choć już czułam, że stało się coś złego.

- Proszę pani, mamy problem. On wziął jakieś leki i nie ma z nim prawie kontaktu. Leży i coś bełkota. Jak wstaje to zaraz się przewraca - zapłakanym głosem starała się opisać sytuację A.

- Jakie leki? Ma gdzieś opakowanie? Ile? - pytałam.

- Clonozepam, chyba cały blister. Co ja mam zrobić? Nie jest z nim dobrze - płakała.

- Ja się teraz rozłączę. Wyślij mi dokładną lokalizację, pinezkę i odbieraj telefon. Wzywam pogotowie - starałam się sprawiać wrażenie spokojnej, nie chciałam paniki.

Kiedy wiedziałam, że karetka już jedzie, napisałam do Z.

"Skąd miał Clonozepam? Leży nieprzytomny na Polach Mokotowskich." Po kilku minutach odpowiedź.

" Dzwoniłam do niego, już jest dobrze, normalnie mówił, wszystko ok."

Byłam 45 km. od tego miejsca, zanim tam dojadę karetka odjedzie. Musiałam czekać na kontakt.

Tuż przed przyjazdem pogotowia, zadzwonił, niestety nie da się w żaden sposób przytoczyć choćby fragmentu tej rozmowy. Każde słowo było groźbą, przekleństwem, krzykiem potwornej agresji. Nie chciał jechać do szpitala, bełkotał, trudno było cokolwiek zrozumieć. Wiedziałam, że sanitariusze wezwą policję, inaczej nie będą mogli mu pomóc. Podtrzymywałam rozmowę, żeby nie uciekł. W pewnym momencie usłyszałam głosy policjantów, krzyki i ciszę. Już wiedziałam, że obezwładnionego i skutego w kajdanki wsadzają do karetki.

A. miała atak paniki, zadzwoniłam do jej mamy, była już w drodze. Ja musiałam czekać. Odczekałam 5 minut, zadzwoniłam do sanitariusza, który kontaktował się ze mną wcześniej. Zapytałam do którego szpitala jest zabierany. Po godzinie byłam na miejscu.

- O jest mama. To możemy ci zdjąć kajdanki - powiedział jeden z policjantów, siedzących obok szpitalnego łóżka, na którym skulony przysiadł on. Chłopiec ze smutną, przerażoną twarzą, brudny i przerażony. Jednak w jego oczach była nienawiść.

- Pani podpisze, że przejmuje pani nad nim opiekę - funkcjonariusz podsunął mi jakieś kartki do podpisu. Jedną już trzymałam w ręku, dała mi ją pani na recepcji. 3 stronnicowy formularz.

- Niczego nie podpiszę. Nie biorę żadnej odpowiedzialności! Co pan wygaduje? Czy on miał robione badania? Płukanie żołądka? - krzyczę, a panika ogarnia mnie coraz bardziej. Nie rozumiem co się dzieje.

- Proszę pani, my tu sobie porozmawialiśmy. On już zrozumiał, wie co robić. Co zostało zrobione, to już pani musi z lekarzem - pełnym obojętności tonem powiedział policjant.

- Za moimi plecami pojawił się lekarz. Synowi nic nie jest, proszę go zabrać - na jednym tchu odparł lekarz.

- On wziął Clonozepam! Jest naćpany, zatacza się! Jak to jest wszystko w porządku? On musi być skonsultowany z psychiatrą, przecież macie tu oddział psychiatryczny - krzyczałam, nie zważając na spojrzenia ludzi wokół.

- To nie jest problem psychiatryczny tylko społeczny - w tym momencie dyżurujący lekarz odwrócił się i odszedł.

- Chce pani porozmawiać? To chodźmy na zewnątrz - zwrócił się do mnie policjant.

Wyszliśmy, syn z miejsca zaczął oddalać się od szpitala, krzyknęłam, drugi funkcjonariusz go zatrzymał.

- Pani posłucha, tu mu nikt nie pomoże. Pani idzie do zakonnic, one takie fundacje prowadzą, może pomogą i kupi mu pani worek bokserski, jak się chłopak zmęczy, to mu się nie będzie chciało rozrabiać - mówił. Ja trzęsłam się już cała, nie mogłam uspokoić ciała. Lekarz nawet płukania żołądka nie chciał zrobić, ja też nic nie mogę zrobić. No mogę go do Izby dziecka, albo do bidula zawieść, stamtąd trafi do MOW'u, ale wie pani potem będzie jeszcze gorzej. Ja już woziłem takie dzieciaki. Raz dziewczynkę zabrałem z domu, od rodziców alkoholików, trafiła do pokoju z 14-latką, co ojca nożem zadźgała - słyszałam jak do mnie mówi, ale jego słowa nie docierały.

- Ja mu chcę pomóc, robię wszystko, rozumie pan wszystko! Ale ten system jest chory! Ja się go boję, jest agresywny, jak ja mam go zabrać do domu? Czy możecie nas odwieźć, on będzie uciekał - płaczę z bezsilności.

- No nie. Już nas dyspozytor wzywa, wie pani. Taksówkę sobie pani zamówi, zaczekamy - w tym czasie on oddalał się, zataczając się i przeklinając - zwróciłam uwagę policjantom, że nie dam sobie z nim rady, że jestem sama, ze boję się tego co zrobi w domu. Przywołali go, ja poszłam oddać dokumenty, które wciąż ściskałam w ręku, musiałam je wypełnić, wszystkie 3 strony, nie wiedziałam co tam było napisane, łzy zamazywały mi obraz.

- Podjął decyzję. Chce wracać do domu - oznajmił z uśmiechem funkcjonariusz, kiedy wróciłam. Pani podpisze - znów podsunął mi dokumenty.

Podjechała taksówka, w asyście policji próbowałam do niej wsiąść, kiedy chwyciłam za klamkę, kierowca odjechał - wystraszył się policji i jego. Wezwałam kolejna, policja odjechała, wsiadł, ale cały czas powtarzał, że mam go zawieść na W., do znajomych. Wyciągnął telefon, dzwoniła Z., namawiała go żeby przyjechał i spał u niej na klatce. To od niej miał lek. Kupiła go od innej 14 latki z tej samej dzielnicy. Zabrał go jej, żeby tego nie brała. Coś spowodowało, że wziął sam. Zasnął podczas tej rozmowy. Głowa opadła, telefon wypadł z dłoni, zgarbione plecy, a na nich brudna bluza. We mnie rozpacz i potworny lęk. Dobrze, że zasnął, bo byłam gotowa łapać go w razie gdyby próbował otworzyć drzwi podczas jazdy, a nie mogłam poprosić o zablokowanie ich kierowcy, bo gdyby usłyszał, to wpadłby w szał.

Po godzinie dojechaliśmy, poprosiłam o chwilę na otwarcie drzwi, chciałam go wnieść na rękach, ale jest wyższy i cięższy ode mnie. Musiałam go obudzić. Od razu zaczął się szarpać i kląć. Jakoś dopchnęłam go do domu. W tym momencie zaczął niszczyć wszystko, rzucał przedmiotami, zgarniał wszystko rękami i rzucał o podłogę, dookoła było szkło. Popchnął mnie, wtedy wybiegłam z domu. Wykręciłam 112. Biegłam przed siebie. Czekałam na patrol, chowając się za rogiem ulicy. Kiedy podjechali, wróciłam. Weszli ze mną do środka.

- No i co ty tu zrobiłeś? - jeden z nich zwrócił się do syna.

- Nic - usłyszeli w odpowiedzi.

- No jak nic, a to wszystko? - dalej mówił jeden z policjantów, wskazując na potłuczone przedmioty, poprzewracane krzesła.

- Zdenerwowałem się. Ona mnie zdenerwowała - bełkotał wskazując na mnie.

- Ja nic nie zrobiłam! Chciałam, żebyś wszedł na górę i poszedł spać - wybuchłam.

- Ja tu nie chce być i nie chce mi się spać - kontynuował, ledwo trzymając się na nogach.

- Idź spać. Mama i tak ma przez ciebie problemy, musi teraz to wszystko posprzątać. Idź się połóż - tłumaczył policjant.

Bezsensowna wymiana zdań trwała do przyjazdu karetki. Po chwili usłyszałam, że jedziemy do szpitala - powiedziałam, że dopiero go odebrałam ze szpitala, ze nikt nic nie zrobił, że on potrzebuje psychiatrycznej opieki.

- Ja nie decyduje proszę pani. Dyspozytorka powiedziała, że mamy jechać do P. - powiedział jeden z panów z karetki. - Ja nie jestem lekarzem.

Nie wyszedł dobrowolnie, czterech dorosłych mężczyzn drugi raz tego dnia skuwało go w kajdanki.

Nieme przeprosiny

W szpitalu na noszach zawieziono go na oddział, ja przy wejściu wypełniałam kolejne papiery. Skierowano mnie za nim. W korytarzu mijałam policję.

- Proszę na mnie zaczekać, oni nas wypiszą, tu nikt nic nie zrobi, to zwykły szpital. Nie mam jak wrócić, jest środek nocy! - błagałam policję. Odjechali.

- Pani jest matką? - zapytała lekarka.

- Tak - odpowiedziałam.

- Pani przejdzie do pokoju obok ze mną. Po co Pani tu przyjechała, przecież ja pani dzieciaka pilnowała nie będę?! To jest szpital pediatryczny! Na górze mam poród, tu malutkie, chore dziecko, na izbie cały czas ktoś przyjeżdża. Co pani chce? On nie da sobie badań zrobić, kroplówki nie dał podłączyć - mówi lekarka ohydnym, oceniającym tonem.

- Proszę posłuchać i przede wszystkim zmienić ton. Jestem tu, bo tu mnie przywieziono, to nie była moja decyzja. Mówiłam, że potrzebuję psychiatry. Nie wiem co Pani może zrobić, ale rozumiem, że nic. Podobnie jak ja, tylko z tą różnicą, że ja cały czas coś robię, żeby go ratować.

Lekarka nie powiedziała nic więcej, zabrała dokumenty i zniknęła na godzinę. Ja w tym czasie uspokajałam syna i próbowałam przekonać do badań. Wstawał, upadał, szukał wyjścia, zaczął podnosić głos, w końcu upadł na fotel i zasnął.

Kiedy lekarka wróciła, zaczęła ze mną rozmawiać, tym razem innym tonem. Wyjaśniłam sytuację, była zła, ale już nie na mnie. Przez godzinę próbowała dodzwonić się do szpitala psychiatrycznego, bez skutku. Wysłuchała mnie. Chciała, żebym podpisała papiery, że opuszczam szpital z synem na własną prośbę. Odmówiłam. Powiedziałam, że jedyne co mogę podpisać, to jej raport z tego zdarzenia i to, że ona pomocy nie może udzielić.

Nie wydarzyło się nic, ale pozwolono mi zostać do rana. Lekarka napisała raport.

Kolejną taksówką wróciliśmy do domu. Po drodze mówił, że teraz to już nic go nie powstrzyma, że będzie ćpał wszystko, że się zaćpa, że nie chce żyć. Że policjanci go bili w brzuch, że bolały skute ręce, że na niczym już mu nie zależy.

Przekonałam go spokojnie, żeby się umył i przebrał. Zdemolował pokój, potłukł wszystkie gromadzone w nim naczynia. Wchodził i schodził po schodach setki razy, cały czas czegoś szukał, gubił, znajdował i znów szukał. Splatanie, bełkot, brak równowagi. Ale przecież według lekarzy wszystko jest w porządku. Policja nie może nic. Znów usiadł i zasnął.

Wieczorem się obudził. Podszedł do mnie, wyciągnął ramiona i wyszeptał:

- Przepraszam mamo - usłyszałam zmieniony głos. Po czym wyszedł, wrócił w nocy, poszedł spać.

Powiadomiłam kuratora, nie mam już na co czekać. Sam z tego nie wyjdzie, nawet z moją pomocą i całym sztabem terapeutów.

- Przepraszam synu - tego nie usłyszał on. To powiedziałam patrząc tępym wzrokiem przed siebie...

Mam na imię Patrycja, jestem częścią internetowej redakcji Dzień Dobry TVN. Mój syn jest uzależniony od marihuany, ma za sobą kilka prób samobójczych. Cykl "Kartki z pamiętnika" powstał dla was i dla mnie. Przeczytacie tu historię moją i mojego syna. Historię kobiety i matki wyjątkowego nastolatka. Chcę, aby była to nasza wspólna droga do domu pełnego miłości i spokoju. Ufam, że tę drogę znajdziemy razem, dzięki doświadczeniom, rozmowom i spotkaniom ze specjalistami, lekarzami i terapeutami, które codziennie będę opisywała na kartkach tego pamiętnika, z ciepłą myślą o was.

Jesteśmy serwisem kobiecym i tworzymy dla Was treści związane ze stylem życia. Pamiętamy jednak o sytuacji w Ukrainie. Chcesz pomóc? Sprawdź, co możesz zrobić. Pomoc. Informacje. Porady.

Zobacz także:

Autor:Patrycja Sibilska

Źródło zdjęcia głównego: DjelicS/Getty Images

Pozostałe wiadomości