Niewinny żart Roberta Motyki sprawił, że mama kabareciarza zemdlała. "W kuchni upadła"

Zabawne wpadki gwiazd
Wpadki z bankietów, sceny i podróży
Źródło: Dzień Dobry TVN
Wpadki, które zaczynają się od niewinnego żartu, a kończą zupełnie inaczej, niż ktokolwiek mógłby przewidzieć, potrafią po latach bawić do łez. Ale w chwili, gdy się dzieją, bywają stresujące, krępujące, a czasem nawet niebezpieczne. W Dzień Dobry TVN Robert Motyka i Monika Mariotti opowiedzieli o sytuacjach, które na długo zapadły im w pamięć. Jedna z nich omal nie skończyła się poważnym nieporozumieniem na Saharze, druga - została przypieczętowana omdleniem mamy kabareciarza.

"Twoja gazela jest warta 200 wielbłądów" - Monika Mariotti o niebezpiecznym żarcie na Saharze

Monika Mariotti przyznała, że podróżując po świecie, niejednokrotnie znalazła się w sytuacjach, które mogły skończyć się negatywnie. Jedna z nich do dziś wzbudza lekki niepokój.

- Najbardziej niebezpieczna wpadka, która mi się zdarzyła w życiu, to jest taka, że prawie zostałam sprzedana za wielbłądy - wyznaje aktorka.

- W niektórych krajach, jak się ma szerokie biodra, to jest się bardzo cennym. Byłam na granicy między Maroko a Mauretanią z Tuaregami, samochodem po pustyni z moim ówczesnym włoskim chłopakiem. Rozmawiamy, żarty. Tuareg mówi: "Twoja gazela jest warta 200 wielbłądów" - opowiada gościni Dzień Dobry TVN.

Partner Moniki potraktował ten zwrot jako zabawną wymianę uprzejmości i był ponoć o krok od niewinnego, traktowanego przez niego jako żart podania ręki Tuaregowi. W tamtejszej kulturze taki znak mógłby jednak oznaczać zgodę na transakcję. Mariotti zareagowała natychmiast i uświadomiła swojego chłopaka.

- Powiedziałam: "Wydaje mi się, że to będzie pakt. Może tego nie róbmy". I wszystko się dobrze skończyło - zaznacza.

"Zuzia, nie szczekaj" - faux pas, które przeszło do historii rodzinnej Roberta Motyki

Robert Motyka przyznał, że wpadki zdarzają mu się równie często jak żarty, które sam prowokuje na scenie jako artysta kabaretowy. Jedna z nich wywołała niemałe zakłopotanie.

Kabareciarz opowiedział o sytuacji, która miała miejsce, gdy jego syn Wiktor po raz pierwszy przyprowadził do domu swoją dziewczynę. Problem polegał na tym, że suczka Roberta Motyki miała na imię Zuzia - tak samo jak partnerka syna.

- Mamy od kilku lat suczkę, to jest dog niemiecki. Taki mały konik. I jak braliśmy tego psiaka, to on był rzeczywiście malutki i [nazwaliśmy go - przyp. red.] Zuzia. Ale tak się jakoś złożyło, że dziewczyna naszego syna Wiktora też ma na imię Zuzia. Wiktor przyprowadził na pierwsze spotkanie z rodzicami swoją dziewczynę. Dziewczyna była bardzo przejęta, my również. Stół nakryty, siedzimy, czekamy. Teściowa Grażyna z nami mieszka i ja ją uprzedzam: "Mamo, tylko pamiętaj, żeby nie było takiego faux pas, że tu Zuzia i Zuzia. Będziemy mówić jakoś inaczej". Drzwi się otwierają, wchodzi nasz syn i jego dziewczyna, pies szczeka, więc Grażyna mówi co? "Zuzia, nie szczekaj. Siad, na miejsce" - opowiada w Dzień Dobry TVN artysta.

Rodzina szybko podjęła decyzję, by zmienić imię ukochanego psa. Dziś wołają na niego: "Zuzula".

Radiowy żart Roberta Motyki, który wymknął się spod kontroli

Najbardziej dramatyczna historia Roberta Motyki dotyczy jednak czasów, gdy pracował w lokalnym radiu. W latach 90. prowadził z kolegą audycję o znamiennym tytule "Wszystko się może zdarzyć".

- To jest rzecz bardzo głupia. Teraz wiem, że głupia, wtedy wydawała się śmieszna. (...) Ten mój kolega, Przemek, mówi do mnie: "Słuchaj, już nie mam pomysłu, co możemy dzisiaj zrobić, żeby zaszokować naszych słuchaczy". Ja mówię: "Ja mam pomysł. O 20:00, gdy zaczyna się program, włącz mikrofon i powiedz tak: przerywamy audycję, żeby podać bardzo ważny komunikat, że dzisiaj na trasie Kraków - Jelenia Góra w wypadku samochodowym zginął nasz redakcyjny kolega Robert Motyka". No i on tak zrobił - wspomina w Dzień Dobry TVN sam pomysłodawca żartu.

Motyka przyznał, że początkowo był dumny z "efektu", jaki wywołał i z przekroczenia radiowych granic. Skutki tego zdarzenia mogły być jednak opłakane.

- Okazało się, że radia słuchała również moja mama, która zemdlała, w kuchni upadła. Potem, jak odzyskała przytomność, mówi do mojego ojca: "Leć do sąsiada, dzwoń, czy on żyje". Ojciec do mnie zadzwonił i jego pierwsze słowa były: "Żyjesz?". Ja mówię: "Żyję". A on: "Ja cię, ku*wa, zabiję, jak tam przyjadę" - zaznacza ze śmiechem kabareciarz.

Zabawne wpadki gwiazd
Robert Motyka
Zobacz galerię

Nie oglądałeś Dzień Dobry TVN na antenie? Wszystkie odcinki znajdziesz na Player.pl.

Zobacz także: