Dalsza część tekstu pod wideo:
Żałoba
Sonny Rollins nie żyje. Saksofonista jazzowy miał 95 lat
Sonny Rollins odszedł w poniedziałek, 25 maja w swoim domu w Woodstock, w stanie Nowy Jork.
"Z głębokim smutkiem i wielką miłością informujemy o śmierci Sonny'ego Rollinsa" – napisano dzień później na koncie X artysty. Wpis opatrzono cytatem muzyka: "Uważam, że kiedy kończy się życie twórcze, trwa ono dalej, w kolejnym wcieleniu. Jestem osobą, która wierzy, że to życie nie jest wszystkim".
Sonny Rollins, nazywany "kolosem saksofonu" od tytułu jego albumu "Saxophone Colossus" z 1956 r., był wielkim nowatorem jazzu. Uznawano go za jednego z największych saksofonistów jazzowych obok Charliego Parkera, Colemana Hawkinsa i Johna Coltrane’a. Miał na swoim koncie ponad 60 albumów. Do najważniejszych - obok "Saxophone Colossus" - należą choćby "Tenor Madness" czy "The Freedom Suite". Występował m.in. z Louisem Armstrongiem, Milesem Davisem i Billie Holiday.
Sonny Rollins - życiorys
Sonny Rollins urodził się 7 września 1930 r. w Nowym Jorku. Dorastał w Harlemie, a mając kilkanaście lat zainspirowany twórczością muzyków jazzowych Fatsa Wallera, Armstronga i Louisa Jordana, zaczął grać na saksofonie altowym. W wieku 16 lat zmienił instrument na saksofon tenorowy i wkrótce trafił pod skrzydła Theloniusa Monka, który stał się dla niego muzycznym mentorem.
Na początku lat 50., dzięki pracy m.in. z Monkiem i Davisem, Rollins został uznany za najbardziej zuchwałego i kreatywnego młodego saksofonistę tenorowego na nowojorskiej scenie muzycznej. W wydanej w 1989 r. autobiografii Davis podkreślił, że "Sonny cieszył się olbrzymią renomą wśród młodszych muzyków z Harlemu". "Ludzie w Harlemie i wszędzie indziej kochali Sonny'ego Rollinsa. Był legendą, niemal bogiem dla wielu młodszych muzyków. Niektórzy uważali, że grał na saksofonie na poziomie Birda. Jedno wiem na pewno – był blisko. Był zuchwałym, nowatorskim muzykiem, który zawsze miał świeże pomysły. Kochałem go jako muzyka, a do tego potrafił pisać jak szalony"– napisał.
Rollins był pełen wątpliwości co do swej gry. W 1959 r., już po wydaniu pierwszych płyt, nie chcąc przeszkadzać swej ciężarnej sąsiadce, zaczął ćwiczyć na chodniku dla pieszych na moście Williamsburg w Nowym Jorku, gdyż nie był zadowolony z poziomu swej gry. Grał tam przez dwa lata, często po 14-15 godzin dziennie. Rezultatem tych poszukiwań był album "The Bridge", który choć nie zrywał całkowicie z jego dotychczasowym stylem, wynosił solówki i improwizacje artysty na nowy poziom.
Mawiano o nim, że potrafił "wydobyć do dna treść konkretnej fazy należącej do melodii utworu". Powiedział kiedyś, że wychodzi na scenę z pustym umysłem i nie planuje swoich solówek, a jest jedynie świadom struktury utworu. - Improwizację zostawiam całkowicie siłom wyższym. Czasem sam jestem zaskoczony, co z tego wynika – oznajmił.
Miał na swoim koncie m.in. dwie nagrody Grammy, wielokrotnie zwyciężał w plebiscytach magazynów jazzowych. W 2010 r. otrzymał z rąk prezydenta USA Baracka Obamy odznaczenie National Medal of Arts, które jest najwyższym wyróżnieniem, jakie może otrzymać artysta w Stanach Zjednoczonych. Obama przyznał wówczas, że saksofonista zainspirował go do podjęcia ryzyka, którego w innym wypadku nigdy by nie podjął.
Rollins był też innowatorem w wykorzystywaniu saksofonu jako instrumentu sekcji rytmicznej.
Zobacz także:
- Zmarła Alicja Wolska. Aktorkę pokochali widzowie kultowych filmów i seriali
- Nie żyje syn polskiego wokalisty. "Nasz świat runął"
- Nie żyje 19-letnia kolarka. Kilka tygodni temu odmówiła chemioterapii