Skąd wzięły się szopy w Polsce?
Początki obecności szopa w Polsce sięgają lat trzydziestych XX wieku. Wtedy to w Niemczech wprowadzano te zwierzęta jako gatunek łowny i futerkowy. Gdy po wojnie Amerykanie opuszczali swoje bazy w Berlinie, część z nich wypuściła trzymane tam szopy na wolność. Zwierzęta zaczęły się rozmnażać i powoli przemieszczać na wschód - aż dotarły do Polski.
Szopy można spotkać w niemal każdej gminie na zachodzie kraju. Potrafią wchodzić na poddasza, buszować w kurnikach, a nawet kraść ryby z oczek wodnych. Są niezwykle sprytne i zapamiętują miejsca, w których znalazły jedzenie - potrafią wrócić tam nawet po kilku latach. Właśnie dlatego ich obecność staje się coraz bardziej uciążliwa, mimo że wyglądają jak uroczy bohaterowie kreskówek.
- Trzynaście lat temu wyremontowaliśmy takie oczko wodne. A żeby nie było puste, wpuściliśmy ryby. No i zaczęło nam te ryby coś wybierać. No to co? Duża dziura jest pod siatką podryta, stawiamy łapkę. Ułożyliśmy, co trzeba, no to gdzieś z rana przychodzę i jest. Coś z daleka, myślę wydra, ale podchodzę bliżej, jakie ładne, cętkowane, mówię: szop pracz. Wywieźliśmy do Stanisławowa, wypuściliśmy, poszedł na Złotoryję. Wróciłem do domu, czytam na komórce: "Szop pracz jest taki inteligentny, że potrafi zapamiętać, gdzie był, nawet przez trzy lata i z rodziną wróci". Stało się to, co się stało, mamy z powrotem piękne, eleganckie szopy - opowiada Czesław Mirkowski, sołtys wsi Wilczyce.
W miastach czują się coraz pewniej, bo tracą naturalne siedliska i uczą się korzystać z naszej obecności. Problem w tym, że prawo nie pozwala ich po prostu przenieść - można je uśmiercić lub oddać do azylu, a takich miejsc w Polsce jest zaledwie kilka. Mieszkańcy nie chcą zabijać zwierząt, więc często udają, że ich nie widzą.
- Jeżeli nie chcemy, żeby te zwierzęta do nas przychodziły, no to nie powinniśmy ich dokarmiać. Bo ludzie pytają nas, czym karmić te szopy. Mówimy nie karmić w ogóle, bo inaczej będą przychodziły, będą się rozmnażały, więc nie karmimy tych zwierząt. Tak samo nie dokarmiamy dzików, ponieważ to je przyzwyczaja do ludzi, to je oswaja. Niestety zwierzęta oswojone stają się też agresywne - zwraca uwagę Grzegorz Dziwak, lekarz weterynarii, założyciel Fundacji Azylu Dla Szopów.
Niezwykłe historie o zwierzętach, które dostały drugą szansę
Tina Jurek, założycielka Azylu dla Świń imienia Prosiaczka Chrumka, jeszcze kilka lat temu mieszkała w mieście i pracowała jako tłumaczka języka słowackiego. Dziś jej życie wygląda zupełnie inaczej - opiekuje się dwudziestoma świniami, koziołkiem, barankiem, trzema kotami i trzema psami. Jak sama mówi, wszystko zaczęło się od jednego prosiaczka o imieniu Chrumek, którego adoptowała po tym, jak dowiedziała się, w jakich warunkach żyją świnie hodowlane. Tina porzuciła mięso, a potem także inne produkty odzwierzęce i postanowiła stworzyć miejsce, w którym świnie mogą dożyć naturalnej starości.
Wbrew stereotypom świnie wcale nie są brudne - to niezwykle czyste i inteligentne zwierzęta. W azylu nigdy nie załatwiają się w swoich domkach, same wybierają miejsce na zewnątrz, niezależnie od pogody.
- Ludzie zamknęli świnie w chlewach albo w jeszcze mniejszych klatkach niż wielkości ich ciał. [...] Każde zwierzę, w tym człowiek, w takich warunkach by śmierdziało - wskazuje kobieta.
Bartek Gorzkowski od ponad czterdziestu lat zajmuje się gadami, a od 2008 roku prowadzi Lubelskie Egzotarium - pierwszą w Polsce część schroniska miejskiego, która przyjmuje zwierzęta inne niż psy i koty. Z jego inicjatywy powstała też Fundacja Epikrates, pomagająca porzuconym egzotycznym stworzeniom. W jej historii przewinęło się już ponad 3 tysiące uratowanych zwierząt - od węży i żółwi, po kajmany, papugi, a nawet małpy.
Bartek przyznaje, że kiedyś prowadził dobrze prosperującą agencję artystyczną, ale choroba i długie miesiące spędzone w szpitalu sprawiły, że przewartościował swoje życie.
- Trafiłem jakieś 25 lat temu do szpitala, miałem problemy z poruszaniem coraz większe i zdiagnozowano, że jest to nowotwór kanału rdzeniowego, który uciska rdzeń. Rok spędziłem w szpitalu, operacja się częściowo powiodła, bo większość została usunięta. Natomiast po tym, jak się nauczyłem chodzić, bo troszkę to trwało, stwierdziłem, że dość już tych wszystkich biznesów, chcę siedzieć z rodziną na tyłku za przeproszeniem i robić to, co uważam za słuszne. Po prostu przewartościowałem swój system wartości, zrobiłem roszady. Byłem kiedyś świadkiem, jak niekompetentni przedstawiciele pewnych służb mundurowych utłukli między blokami zaskrońca, który tam żył. W pobliżu jest rzeczka, ale pojawił się gdzieś tam na terenie blokowiska, więc został po prostu zabity, a mogłaby się inaczej ta historia potoczyć - mówi mężczyzna.
- Te zwierzaki, jak widzicie, nie są piękne, puchate, nie mają wielkich oczu, więc mało kto chce im pomagać. A są to zwierzęta jak każde inne i jeżeli człowiek skrzywdził takie zwierzę, to uważam, że człowiek też powinien mu pomóc - dodaje na koniec.
Nie oglądałeś Dzień Dobry Wakacje na antenie? Wszystkie odcinki znajdziesz na Player.pl.
Zobacz także:
- Niezwykłe narodziny w płockim zoo. "To wydarzenie o ogromnym znaczeniu"
- Nie przepadasz za agresywnymi zalotami? Sprawdź, jak sobie radzą z tym samice delfinów
- Dziadek z wnukiem zaatakowani przez bizona. Wyrzucony w powietrze 65-latek spadł z ponad 2 metrów