E-papierosy sprzedawane w online
Na różnego rodzaju platformach interntowych e‑papierosy są sprzedawane pod specjalnymi nazwami, np. "używany długopis", "powerbank", "maskotka", a liczby typu "30k" lub "45k" w opisie oznaczają liczbę zaciągnięć. Sprzedawcy zamieszczają zamazane lub przypadkowe zdjęcia, ale także tworzą błędy w opisach produktów, by oszukać algorytmy.
- Takich aukcji będzie bardzo dużo. Wszystkie platformy, czy to zakupowe, czy to takie, na których użytkownicy tworzą i zarządzają kontentem, będą wykorzystywane do robienia rzeczy niezgodnych z regulaminem czy z prawem. Problem polega na tym, że te platformy bardzo często wykorzystują modele sztucznej inteligencji do monitorowania tych zgłoszeń, czy one są zgodne z regulaminem. A to niestety da się obejść - powiedział Bolesław Michalski, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa.
Na co rodzice powinni zwracać uwagę, by rozpoznać fałszywe ogłoszenia?
- Warto zweryfikować cenę, czy ma to sens po prostu, że kupujemy coś drogiego. Oczywiście, że długopis może kosztować 60 zł, jeżeli jest wyjątkowym długopisem. Natomiast warto przyjrzeć się zdjęciu, warto zobaczyć, czy nie ma specyficznych słów i oznaczeń, które by na to wskazywały, np. 30-40k, to jest liczba zaciągnięć, które możesz wykonać. Te szyfry, jak zaczniesz ich szukać, one są dostępne. Tylko nie chciałbym ich podawać, tym bardziej biorąc pod uwagę, że dzieciaki mogą być przed telewizorem - podkreślił Michalski.
Nieletni kupują e-papierosy przez internet
Dzieci komunikują się szyfrem i w swoim znajomym gronie kupują i sprzedają e-papierosy. Wszystko po to, by dorośli nie zorientowali się, że dochodzi do takich transakcji.
- Ja widziałem tego typu ogłoszenia, które się pojawiają np. na relacjach dzieci na Instagramie. One się pojawiają na TikToku, tylko jak nie masz tych dzieci w znajomych, to nie wiesz o tym. Tak naprawdę dzieciaki między sobą to sprzedają, mają siebie w znajomych, mają po trzy, cztery konta i dorośli najczęściej nie wiedzą o tym, że ich dzieci sprzedają elektroniczne papierosy. Dowiadują się na ogół, kiedy się pojawia afera w szkole i rodzice są wzywani i nagle się okazuje, że od pół roku albo od roku ich dziecko w bardzo młodym wieku sprzedaje w szkole elektroniczne papierosy - zaznaczył Bartek Dajnowski.
Dziennikarz dodał w rozmowie, że władze naszego państwa nie mają kontroli nad tym, że w sieci powstała szara strefa sprzedaży e-papierosów nieletnim.
- My w tych różnych naszych reportażach mi eksperymentach pokazywaliśmy, jak łatwo kupić leki przez internet, jak łatwo kupić narkotyki. Tych sposobów nie będziemy reklamować, ale naprawdę nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby się dowiedzieć, co wpisać w Google. I w 15 minut przyjadą ci i sprzedadzą te rzeczy. Podobnie jest z elektronicznymi papierosami. Państwo w tym momencie nie robi nic, aby walczyć ze zwykłymi takimi sprzedawcami pokątnymi. Oni się wzięli za hurtowników, a strefę internetu zupełnie odpuścili - przyznał Dajnowski.
Całą rozmowę znajdziesz w materiale wideo.
Zobacz także:
- Kolejne akcyzy na e-papierosy. Co się zmienia i ile wzrosną ceny?
- Od dzieci e-papierosy kupują nawet nauczyciele. "Chwalił się, że ma takie układy z uczniami"
- 15 lat temu w Polsce palenie było wszechobecne. "Ten smród zabijał wszystko"