Zobacz cały odcinek z mecenas Katarzyną Topczewską:
- Katarzyna Topczewska od ponad 15 lat prowadzi jedne z najgłośniejszych spraw dotyczących ochrony zwierząt i współtworzy zmiany w polskim prawie.
- Adwokat przyznaje, że wielokrotnie spotykała się z groźbami, hejtem i próbami zastraszania, ale nigdy nie zrezygnowała z walki.
- Mecenas podkreśla, że przemoc wobec zwierząt często idzie w parze z przemocą wobec ludzi, a obecny system kar w Polsce nadal wymaga zmian.
Katarzyna Topczewska o odwadze. Skąd wziął się przydomek najodważniejszej adwokat w Polsce?
Choć dziś wielu określa ją mianem najodważniejszej adwokat w Polsce, sama przyznaje, że nigdy nie patrzyła na siebie w ten sposób. Jak podkreśla, taki przydomek jest przede wszystkim zobowiązaniem i efektem opinii klientów oraz osób obserwujących jej działalność.
- Bardzo jest mi miło z tego powodu. To pewnie przez pryzmat ilości wygranych spraw, pewnie z pewnej bezkompromisowości, pewnie z tego, że się podejmuje spraw takich trudnych i kontrowersyjnych i też nie boję się o nich mówić głośno, otwarcie, mocno, publicznie - powiedziała mecenas.
- Od kiedy byłam małą dziewczynką, to ja zawsze już nawet w szkole stawałam w obronie słabszych. Tak naprawdę ja nie miałam żadnego problemu z wyborem mojej ścieżki zawodowej i ja od samego początku, no poza etapem, kiedy chciałam być księżniczką, piosenkarką i modelką jako bardzo mała dziewczynka... Kiedy chodziłam do szkoły, to już w pełni świadomie to prawo wybrałam, bo raz, że zawsze miałam taką potrzebę, żeby pomagać innym, a dwa, że ja bardzo lubiłam jednak spierać się na argumenty merytoryczne, zawsze byłam wygadana, więc dla mnie to było oczywiste, którą drogą podążę - dodała.
Znęcanie się nad zwierzętami - co się zmieniło?
Choć początkowo swoją przyszłość wiązała przede wszystkim z prawem karnym, los szybko skierował ją na drogę obrony praw zwierząt, z której dziś jest najbardziej znana. Jak wspomina, wszystko zaczęło się od miłości do zwierząt wyniesionej z rodzinnego domu.
- To jest ważne społecznie i też tego oczekują organizacje, żeby nagłaśniać takie sprawy. A to wyszło zupełnie naturalnie, dlatego, że ja zawsze kochałam zwierzęta, zawsze miałam dom pełen zwierząt, to wyniosłam z domu i to też zawsze mówię o tym, że empatia wynosi się z domu - kontynuowała.
Dziś orzecznictwo dotyczące ochrony zwierząt wygląda zupełnie inaczej niż kilkanaście lat temu. Mecenas nie ukrywa jednak, że początki były niezwykle trudne i wymagały zmiany praktycznie całego systemu.
- Naprawdę, kiedy ja składałam wnioski o odbiór zwierząt w urzędzie gminy, gdzie nikt takiego wniosku nie widział, w jakichś wydziałach gospodarki komunalnej, to urzędniczki patrzyły na mnie naprawdę jak na kosmitkę, no bo nie wiedziały zupełnie co z tym zrobić. Musiałam przekonywać policjantów, prokuratorów, że znęcanie się nad zwierzęciem to nie jest tylko katowanie kijem. To jest także niezapewnienie zwierzęciu właściwych warunków bytowania. To jest dziurawa buda, ciężki łańcuch i brak wody w upały. Na początku składałam zawiadomienia, miałam umorzone postępowania, ale zaskarżałam, zaskarżałam skutecznie, aż w końcu zaskoczyło. No i teraz już po ponad piętnastu latach praktyki zawodowej mogę stwierdzić, że naprawdę jest już duży krok. Naprawdę już są te wyroki bezwzględnego pozbawienia wolności, które zapadają za znęcanie się nad zwierzętami, co wcześniej było nie do pomyślenia - opowiadała.
- Udało się uchwalić zakaz hodowli zwierząt na futra. Mamy zakaz trzymania psów na łańcuchach. Jeszcze została kwestia schronisk, pseudohodowli i podwyższenia kar. Jeżeli to zrobimy, to będziemy mogli się chwalić, że Polska naprawdę idzie do przodu. (...) Natomiast kwestia schronisk to jest kwestia tak głębokiej patologii, tak głębokich błędów całego systemu. Gminy wybierają w przetargach najtańsze schroniska, gdzie nie ma możliwości zapewnienia realnej opieki. Bardzo często gminy płacą za nieistniejące dusze. Schronisko wystawia fakturę, a pies już jest dawno uśmiercony albo oddany do adopcji - dodała.
Oglądanie przemocy wobec zwierząt. "Widziałam wszystko"
Jednym z najbardziej poruszających fragmentów rozmowy jest opis materiałów dowodowych, z którymi mecenas ma do czynienia w swojej pracy. To obrazy, które, jak sama przyznaje, zostają z nią na długo.
- Ja widziałam wszystko w aktach. Ja widziałam filmy, gdzie widziałam zoofilię, widziałam obdzieranie żywcem zwierząt ze skóry, podpalanie żywcem, zakopywanie żywcem, pobicia, podwieszania, duszenie. Wszystko widziałam. Nie da się tego zapomnieć. Kilka lat trwają te sprawy. Moja najdłuższa sprawa o znęcanie się nad zwierzętami trwała 11 lat - wyznała.
- Czasami naprawdę, kiedy dostaję sprawy, czasami to są sprawy tragiczne. Tak jak mówię, sprawy karne, gdzie ten stopień okrucieństwa jest absolutnie przerażający. Ja niestety prowadzę też sprawy wobec nieletnich. Czyli tych młodych bardzo ludzi, kilkunastoletnich, którzy w okrutny sposób znęcali się nad zwierzętami. (...) Sędziowie nie wykorzystują tych możliwości, które już mają. Za zabicie zwierzęcia mamy niższe zagrożenie sankcją niż za kradzież. I to jest coś, co powinno się zmienić nie tylko w prawie, ale w podejściu do tych spraw - powiedziała mecenas Topczewska.
Myśliwi, polowania i walka o bezpieczeństwo w lasach
Jednym z najgłośniejszych obszarów działalności mecenas są sprawy związane z polowaniami. Jak podkreśla, nie chodzi wyłącznie o ochronę zwierząt, ale także o bezpieczeństwo ludzi korzystających z lasów.
- Podejmowałam się spraw przeciwko różnym grupom interesów. Tym grupom, które zarabiają na zabijaniu zwierząt. W przypadku myśliwych to są takie dwie grupy spraw. Jedna grupa spraw tam, gdzie myśliwi zabili na przykład zwierzęta moich klientów. W jednej sprawie wręcz wykazałam, że myśliwy zastrzelił psa mojej klientki absolutnie z premedytacją. Łagodnego psa, który przybiegł się bawić i tutaj nie było mowy o żadnej pomyłce.
- Dlatego ja jak słyszę pomysły myśliwych, aby dzieci zabierać na polowania, a oni przecież co chwila taki projekt do Sejmu wnoszą przez jakiegoś posła. Albo jak słyszę, że myśliwi właśnie idą do szkół i uczą dzieci przyrody pokazując im zwłoki zwierząt i czaszki, które sobie tam dzieci malują i nakładają na siebie te skóry to jestem przerażona. W ten sposób się przemoc normalizuje, a nie uczy się empatii wobec zwierząt. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można mieć przyjemność z zabijania zwierzęcia. Po prostu. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Natomiast no jednak myśliwi traktują to jako hobby - podsumowała.
Czy każdy powinien mieć prawo do obrony?
Na to pytanie mecenas odpowiada bez wahania: "tak". Z jednej reprezentuje ofiary najcięższych przestępstw, z drugiej - jako adwokat staje również po stronie oskarżonych o gwałty, zabójstwa czy znęcanie się nad zwierzętami. Katarzyna Topczewska podkreśla jednak, że prawo do obrony jest fundamentem państwa prawa i nie można utożsamiać adwokata z czynami jego klienta.
- Każdy ma prawo do obrony. I ja widzę bardzo często różnego rodzaju komentarze, które dotyczą adwokatów, którzy podejmują się właśnie takich kontrowersyjnych obron. Czyli bronią gwałcicieli, morderców, osób, które znęcają się okrutnie nad zwierzętami. Widzę komentarze: "Jak można bronić takiego człowieka?". Nie można utożsamiać adwokata z klientem. Rolą adwokata nie jest to, aby pochwalać czyn, którego dopuścił się oskarżony - powiedziała.
- Nie zawsze rolą obrońcy jest uniewinnić. Często rolą obrońcy jest właśnie doradzić klientowi, że materiał dowodowy jest tak jednoznaczny, że lepiej, żebyś się przyznał. Wtedy więcej uzyskamy, dostaniesz niższą karę, niż jeżeli będziesz szedł w zaparte. Lepiej przeproś. Zadośćuczyń. Zapłać na cel społeczny. Tak będzie lepiej. (...) Ja też prowadzę jako obrońca wiele spraw o gwałt. Moi klienci byli oskarżeni o gwałt i też mierzyłam się z hejtem. Pytano mnie, jak mogę bronić gwałcicieli. Tylko że finalnie te sprawy okazywały się niestety fałszywymi zgłoszeniami. Miałam sprawy umorzone i miałam wyroki uniewinniające. To też się niestety zdarza. Więc nie można zawsze oceniać sprawy po pozorach, bo bardzo często, kiedy wchodzimy w te sprawy, okazuje się, że wcale ta wina nie jest taka jednoznaczna - dodała.
Sprawy prawne celebrytów
Wątek publicznych komentarzy dotyczy również osób znanych. Mecenas Katarzyna Topczewska często w swoich social mediach odnosi się do sytuacji, w których reagowała na zachowania medialne i internetowe - m.in. Blanki Lipińskiej (celebrytka zastawiała w ogrodzie pułapkę na kreta), czy Krzysztofa Rutkowskiego, wokół którego głośno było w kwestii alimentów na dziecko.
- Każdy ojciec ma obowiązek płacić takie same alimenty na wszystkie swoje dzieci, niezależnie od tego, czy są z formalnego związku czy nie. Myślę, że wiele adwokatów boi się dotykać celebrytów, żeby właśnie nie spotkać się z jakąś reakcją. Nie miałam takiej sytuacji, żeby ktoś wracał z odwetem. Nie doczekałam się też pozwu - powiedziała adwokat.
- Nie ma znaczenia, czy to szary Kowalski, czy celebryta - komentuję rzeczywistość. Więc dla mnie naprawdę nie ma znaczenia kto dopuszcza się naruszenia prawa czy zachowuje się nieetycznie. (...) Uważam, że taka jest też moja rola edukacyjna - zaznaczyła.
Katarzyna Topczewska o groźbach śmierci
Mecenas opowiedziała także o mniej widocznej stronie pracy adwokata, który dodatkowo zabiera głos w przestrzeni publicznej. Hejt i groźby oraz próby zastraszania, były realnym elementem jej doświadczeń zawodowych i prywatnych.
- Na szczęście ja się wyprowadziłam z domu rodzinnego, więc ten taki okres, kiedy ja miałam pogróżki, kiedy miałam te poprzecinane opony w samochodzie, rozbitą szybę też w aucie, to był już okres, kiedy ja nie mieszkałam w domu rodzinnym, więc jakby to moja rodzina była mocno chroniona i nikt nie znał mojego adresu - mówiła Topczewska.
- Moja mama bardzo to przeżywała, bo czytała różne przykre rzeczy na mój temat w internecie. (...) Natomiast ja nigdy nie miałam takiego poczucia, że jest mi za ciężko, że zrezygnuję - dodała.
Mecenas Katarzyna Topczewska o najtrudniejszej sprawie
Za profesjonalnym dystansem, którego wymaga zawód adwokata, często kryją się ogromne emocje. Rozmówczyni przyznaje, że przez lata prowadziła wiele trudnych spraw, jednak jedna z nich szczególnie zapadła jej w pamięć. Była pełnomocniczką kobiety, którą próbował zabić własny ojciec. To właśnie wtedy, jak wspomina, po raz pierwszy tak mocno odczuła, że błąd proceduralny może oznaczać realne zagrożenie dla ludzkiego życia.
- Miałam sprawę, której nigdy nie zapomnę. Byłam pełnomocnikiem oskarżycielki posiłkowej, córki, którą próbował zabić ojciec. I to był wyjątkowo emocjonalnie trudny proces. Dostaliśmy 10 lat w pierwszej instancji. On cały czas siedział, więc to wszystko było w porządku. Natomiast sąd popełnił taki podstawowy błąd. I to bardzo znana pani sędzia, bardzo też medialna - powiedziała adwokat.
- Oskarżony był obcokrajowcem i cały czas zgłaszał, że nie do końca rozumie polski. Nawet ja mówiłam sądowi, żeby przyznał mu tłumacza. To nie była moja rola, ale wiedziałam, że jeżeli sąd tego nie zrobi, to wyrok będzie skasowany w drugiej instancji. Sąd odmawiał tego tłumacza. W drugiej instancji oczywiście bardzo prosty zarzut apelacyjny – naruszenie prawa do obrony, brak tłumacza. Sąd to uwzględnił, uchylił wyrok i wypuścił tego człowieka na wolność. I dwa lata toczyła się sprawa od początku. Ja przy każdym telefonie od matki tej dziewczynki, którą reprezentowałam, miałam chyba stan przedzawałowy. Bo po prostu my się bałyśmy, że on wyjdzie i zrobi to, co próbował zrobić. Naprawdę razem z nimi przeżywałam to wszystko - kontynuowała.
Zobacz także:
- Joanna Przetakiewicz, jakiej nie znaliście. "Często mi się to zdarza"
- Muniek Staszczyk wyznaje: "Zdarza mi się płakać"
- Viki Gabor o krzywdzących opiniach na swój temat. "Mówią, że mam napompowane usta i nie robię szkoły"