Hantawirus na wycieczkowcu
To miała być wyprawa życia. Cel rejsu - Antarktyda i odludne wyspy Atlantyku, a koszt wycieczki to aż 14 tysięcy euro za osobę. Holenderski statek Hondius zabrał pasażerów na pokład 1 kwietnia w miejscowości Ushuaia na południu Argentyny. Na pokładzie znalazło się 170 osób z 23 krajów.
11 kwietnia umiera pierwszy pasażer, 70-letni Holender, ornitolog. Tuż przed rejsem był na wysypisku śmieci pod Ushuają. Chciał sfotografować rzadkiego ptaka. Tam wśród śmieci żyją gryzonie, które roznoszą hantawirusa andyjskiego. To jeden z nielicznych hantawirusów, które potrafią przejść z człowieka na człowieka. W kolejnych tygodniach umiera jeszcze dwoje pasażerów. Żona Holendra i niemiecka turystka. Łącznie do tej pory trzy ofiary, sześć potwierdzonych zakażeń wirusem Andes i kilka kolejnych podejrzanych.
W niedzielę, 10 maja, wczesnym rankiem, Hondius stanął u wybrzeży Teneryfy. Przypłynięcie statku próbował zablokować prezydent wysp Kanaryjskich. Przekonywał, że jednostka nie powinna nawet zbliżać się do lądu, bo gryzonie roznoszące wirusa mogą przepłynąć ze statku. Hiszpańskie Ministerstwo Zdrowia obaliło ten argument, a o zgodzie na przypłynięcie zdecydował rząd centralny.
Statek stanął na kotwicy w basenie portowym, a nie przy nabrzeżu. Najpierw na pokład wszedł zespół medyczny, żeby zbadać wszystkich na statku, załogę i pasażerów. Warunkiem rozpoczęcia ewakuacji był brak objawów choroby. Grupy pasażerów podzielone według narodowości zabierane były małymi łodziami, a potem autobusem prosto na lotnisko.
W niedzielę premier Francji poinformował, że jeden z pięciu Francuzów ewakuowanych ze statku zaczął wykazywać objawy choroby już w samolocie. Trafił pod eskortą policji do paryskiego szpitala. W grupie amerykańskiej jedna z 17 osób uzyskała pozytywny wynik testu na hantawirusa. Trafiła do specjalnej placówki na obserwację.
Na pokładzie zostało 30 osób załogi. Teraz mają dopłynąć do Holandii, gdzie statek przejdzie pełną dezynfekcję. Dowodzi nim Polak, kapitan Jan Dobrogowski, absolwent Gdyńskiej Akademii Morskiej. Kapitan Dobrogowski jest zdrowy, a pod obserwacją polskiego sanepidu jest w tej chwili jedna osoba z Polski, która zeszła z pokładu wcześniej na wyspie Świętej Heleny.
Warunki sanitarne na statkach
Warto podkreślić, że Hondius to typowy statek ekspedycyjny i był zaprojektowany zupełnie inaczej niż typowe wycieczkowce. Jego priorytetem nie jest luksus ani rozrywka, tylko niezawodność w ekstremalnych warunkach. To jednostka przystosowana do pływania w rejonach takich jak Cieśnina Drake’a, okolice Przylądka Horn, Antarktyda czy Georgia Południowa, czyli jedne z najtrudniejszych akwenów na świecie. Ponadto na pokładzie przestrzegane są wyjątkowe warunki sanitarne.
- Każdy pasażer czy członek załogi schodząc na ląd czy wracając z lądu, musi się zdezynfekować. Przechodzi się przez specjalne śluzy wypełnione płynem. Chodzi o odkażenie butów, żeby nie zaburzyć lokalnego ekosystemu. Każdy pasażer przed rejsem jest pilnowany, trzeba czyścic szczoteczkami do zębów podeszwy butów, pęsetami czyścić rzepy czy wewnętrzne części kieszeni kurtek. Na lądzie nie można siadać, nie można położyć plecaka na ziemi - wytłumaczyła Monika Witkowska.
Czy hantawirus to nowy COVID?
Pojawienie się informacji o przypadkach zakażeń hantawirusem wywołało medialne poruszenie i natychmiastowe skojarzenia z pandemią COVID-19. Eksperci uspokajają jednak, że nie ma podstaw, by mówić o zagrożeniu nową globalną epidemią. Jak podkreślił dr n. med. Paweł Grzesiowski, hantawirus jest znany medycynie od ponad 50 lat i znacząco różni się od koronawirusa SARS-CoV-2.
- To wirus odzwierzęcy, żyje wśród zwierząt i tam nie wywołuje chorób. My zarażamy się przypadkowo na zasadzie kontaktu z odchodami. W tej konkretnej sytuacji istnieje domienianie, że pierwsza para chorych osób była ornitologami. Oni przez kilka miesięcy przebywali na terenie Patagonii, gdzie ten wirus występuje częściej i eksplorowali wysypiska śmieci. Jest duże domniemanie, że zakażenie nastąpiło przed wejściem na pokład. I to by też potwierdzały terminy pojawiania się objawów - powiedział dr n. med. Paweł Grzesiowski.
Ekspert dodał również, że nawet w Polsce mamy kilkanaście przypadków zachorowań rocznie, głównie na Podkarpaciu. Mowa jednak o nieco innej, niezaraźliwej postaci. Wirus, który pojawił się na statku nie ma jednak potencjału pandemicznego.
- Wywołuje ciężkie zachorowania, co zmniejsza ryzyko, że się rozpowszechni. Widzimy chorych i izolujemy. Początek jest typowy jak dla każdej infekcji wirusowej, gorączka, bóle mięśniowe, osłabienie. Jeżeli rozwinie się pełnoobjawowa postać, dochodzi ciężkie uszkodzenie płuc, którego nie da się wyleczyć bez sztucznych płuc – powiedział specjalista.
Co zatem czeka nas w niedalekiej przyszłości? Czy liczba chorych będzie wzrastać?
- Gdybyśmy znaleźli się w jednym pomieszczeniu z taką osobą, moglibyśmy się zarazić drogą kropelkową. Wdychając to samo powietrze. Ten wirus rozwija się kilka tygodni, więc statystyka będzie rosła. Dziewięciu pacjentów jest potwierdzonych, jest też sześć podejrzeń. Liczba chorych może się zwiększyć. Te osoby są w kwarantannie w krajach docelowych. Nie ma ryzyka, że wirus się wydostanie i zarazi cały glob – zapewnił specjalista.
Nie oglądałeś Dzień Dobry TVN na antenie? Wszystkie odcinki znajdziesz na Player.pl.
Zobacz także:
- Groźny wirus na statku wycieczkowym. Nie żyją 3 osoby. "Trwają szczegółowe badania"
- Wirus, który zaatakował tysiące ludzi w Chinach, jest już w Polsce. "Nie jesteśmy w ogóle przygotowani"
- COVID-19 powraca. "Coraz więcej pacjentów"