Rose Byrne w roli, która burzy tabu i nie daje łatwych odpowiedzi. "Stawia widownię przed prawdziwym testem"
Kulisy macierzyństwa w kinie
W najnowszej produkcji Byrne wciela się w Lindę, kobietę stojącą na granicy wytrzymałości. Jej córka wymaga stałej opieki, mąż niemal nieustannie przebywa w trasie, ona sama zmaga się z wypaleniem zawodowym jako terapeutka, a na domiar złego w jej mieszkaniu zawala się sufit.
Aktorka nie ukrywa, że historia bohaterki jest jej wyjątkowo bliska. Jak przyznaje, doświadczenie macierzyństwa często zderza się z nierealistycznym, wyidealizowanym obrazem, który funkcjonuje w przestrzeni publicznej.
- Urodzenie dziecka to jak wyprawa na księżyc, tylko nikt Ci tego nie mówi. To taka niepisana zasada. Kobiety nie mówią o tym, bo to trudne. Poczucie rozczarowania macierzyństwem uznaje się za tabu, tak jak nudę czy żałobę. Tę żałobę za życiem, którego już nie ma. Już nigdy nie będziesz tym, kim byłaś przed narodzinami dziecka i trzeba to pożegnać, przejść tę żałobę. To jest dobre. Unikanie tego, może zaowocować depresją, uzależnieniem, izolacją. Bardzo trudno to przepracować, bo mówienie o tym jest napiętnowane. Przecież nie wolno Ci się tak czuć - powiedziała Byrne.
Aktorka przyznała, że choć w filmie pojawia się wątek depresji, twórcy celowo sięgają także po inne, znacznie rzadziej poruszane tematy, o których na co dzień mówi się niewiele lub wcale. Jak podkreśla Rose Byrne, praca nad tą historią była dla niej doświadczeniem niemal rewolucyjnym.
- Grałam już matki stające przed wyzwaniami w serialach "Platoniczna przyjaźń" czy "Physical". Bohaterki miały kryzys macierzyństwa, ale tu reżyserka Mary Bronstein idzie na całość i stawia widownię przed prawdziwym testem. To bardzo radykalne wyzwanie – wytłumaczyła.
Jak zaznacza, decyzje podejmowane przez jej bohaterkę mogą budzić sprzeczne emocje, jednak celem twórców było przede wszystkim wzbudzenie empatii wobec kobiety znajdującej się na granicy wytrzymałości.
- Decyzje bohaterki są kontrowersyjne, ale chcemy, byście obdarzyli empatią tę kobietę, matkę, a właściwie opiekunkę. Wielu moich bezdzietnych przyjaciół rozumie, co ona czuje. Ona ucieka. Próbuje uciec przed tym, co w człowieczeństwie najstraszniejsze, czyli przed samą sobą. Zobaczenie siebie w pełni potrafi przerazić. To straszniejsze niż jakiś facet w masce - dodała.
Wsparcie bliskich i realna pomoc
Film, jak podkreśla Rose Byrne, nie jest historią wyłącznie dla rodziców. To opowieść o tym, jak bardzo jesteśmy od siebie zależni i jak łatwo przestajemy widzieć w drugim człowieku realną osobę, zastępując ją wyidealizowanym obrazem znanym z mediów społecznościowych.
Aktorka zwraca uwagę, że wraz z kolejnymi pokazami sama odkrywa nowe warstwy tej historii.
- W pewnym momencie moja bohaterka czyta o strasznej historii, dotyczącej tragedii pewnej matki, która potem została negatywną bohaterką tabloidów, takim clickbaitem. Linda ma pacjentkę, Caroline, która cierpi na depresję, porodową i psychozę. I ona ucieka, bo Linda jej nie pomaga, bo Lindzie też nikt nie pomógł. Myślimy, że za chwilę w mediach pojawią się artykuły o Caroline, a może Lindzie? Bo nikt nie zaoferował im pomocy. Linda nie wspiera pacjentki, jej terapeuta nie wspiera jej. Dlaczego pozwalamy tym kobietom dojść do ścian? Dlaczego nikt ich nie wspiera? Dlaczego nie widzimy tego, że ktoś jest naprawdę na granicy? To jest takie podprogowe przesłanie naszego filmu. To zaszło za daleko – podsumowała aktorka.
Zobacz także:
- Ta aktorka została najpiękniejszą kobietą świata. Internauci mają wątpliwości
- Margot Robbie naszyjnik "pożyczyła" od Elizabeth Taylor. Jego cena zwala z nóg
- Na czerwonym dywanie stawia na odwagę. Margot Robbie zachwyca w "nagiej sukience"