Słyszała: "Nie zatrudniamy kobiet". Przełamała stereotyp i została elektroautomatykiem okrętowym

Paulina Wasiuk
Paulina Wasiuk pracuje jako elektroautomatyk na statkach
Źródło: Archiwum prywatne
Paulina Wasiuk pracuje jako elektroautomatyk na statkach. W cyklu "Siła jest kobietą" opowiada, jak odnajduje się w zdominowanym przez mężczyzn świecie techniki, z jakimi stereotypami musiała się zmierzyć oraz jak naprawdę wygląda praca na morzu. – Do tej pory słyszę komentarze: "Nigdy nie widziałem kobiety elektryka na statku" – wspomina.

Siła jest kobietą: Każda jest inna. Każda wyjątkowa. Każda ma różne cele i marzenia, inną historię do opowiedzenia. Łączy je jedno. Bohaterki tego cyku udowadniają, że siła jest kobietą.

Wielki błękit - dom bez adresu
Źródło: Dzień Dobry TVN

Elektryczka na morzu. Kobieta w zawodzie zdominowanym przez mężczyzn

Dominika Czerniszewska: Ile lat pracujesz jako elektroautomatyk okrętowy?

Paulina Wasiuk: Nie licząc praktyk, już 10.

W jednym z nagrań opublikowanych w mediach społecznościowych mówiłaś, że podczas szukania pracy nieraz słyszałaś: "Nie zatrudniamy kobiet w tej branży". Tobie się jednak udało.

Szukałam agencji oferującej krótsze kontrakty niż cztero- czy sześciomiesięczne. Często słyszałam w odpowiedzi: "Przykro mi, nie zatrudniamy kobiet" albo "To pani szuka pracy dla siebie czy dla chłopaka?". Nie poddałam się. W końcu trafiłam na agencję, która była otwarta na kobiety i proponowała system pracy dopasowany do moich potrzeb.

Wciąż spotykasz się z podobnymi stereotypami lub uprzedzeniami?

Do tej pory słyszę komentarze: "Nigdy nie widziałem kobiety elektryka na statku". Czasami mam wrażenie, że gdybym była mężczyzną, moje decyzje nie byłyby kwestionowane, a rozmowy wyglądałyby inaczej. Pamiętam sytuację, gdy źle się czułam w nocy, budzik nie zadzwonił i spóźniłam się na poranny meeting. Zostałam wtedy publicznie upomniana. Z kolei mojemu koledze, któremu zdarzyło się zaspać kilka razy, nikt nie zwrócił uwagi w podobny sposób – zdążył jeszcze spokojnie zjeść śniadanie. Nie chcę jednak generalizować, bo w mojej obecnej pracy panuje atmosfera zaufania, szacunku i empatii, więc nie mogę narzekać.

Naprawia dźwigi i awarie na statkach

Co sprawiło, że wybrałaś ten zawód?

To był czysty przypadek. Bardzo chciałam zostać lekarką, ale zabrakło mi jednego procenta na maturze, by dostać się na studia medyczne. Wtedy wydawało mi się to ogromnym dramatem. Do dziś pamiętam, jak płakałam na przystanku autobusowym, trzymając w ręku wyniki matury. Chciałam poprawić egzamin w kolejnym roku, a w tzw. międzyczasie zaczęłam studiować matematykę. Po sześciu miesiącach jednak zrezygnowałam – to nie był kierunek dla mnie.

Spotkałam się wtedy z moim dobrym kolegą, z którym lubiłam muzykować, i zapytałam, na co się wybiera. Odpowiedział, że na mechatronikę na Akademii Morskiej w Szczecinie. Wtedy nie wiedzieliśmy, co to w ogóle jest ta cała mechatronika. Sprawdziliśmy w Internecie, że to kierunek, który łączy elementy elektryki, elektroniki, automatyki, mechaniki, robotyki i informatyki oraz że jest on zamawiany przez Unię Europejską – każdy student otrzymuje  stypendium. Jestem umysłem ścisłym, stypendium mnie zachęciło, więc czemu by nie spróbować. Pamiętam, że wtedy w Szczecinie wisiały banery promujące uczelnię z napisem: "Pracodawcy czekają właśnie na ciebie" i udałam się do dziekanatu z pytaniem, czy jako kobieta mogę studiować mechatronikę i czy nie będzie problemu z praktykami lub późniejszą pracą. Pani odpowiedziała: "Nie, zapraszamy", i złożyłam dokumenty. Na początku miałam wybór między kierunkiem pływającym a niepływającym – ostateczną decyzję podejmowało się dopiero na drugim roku. Najpierw wybrałam opcję niepływającą, ale koledzy namówili mnie, żebym spróbowała pływającej: "Paulina, nic nie tracisz, a zyskasz uprawnienia morskie. Jeśli ci się nie spodoba, zawsze możesz zmienić". Postanowiłam spróbować.

Nie żałowałaś?

Absolutnie nie. Gdy po raz pierwszy weszłam na statek, od razu mnie zaciekawił. Dla mnie to prawdziwe miasto na wodzie – samowystarczalne, z własną elektrycznością, oczyszczalnią ścieków, systemami silników głównych, kuchnią czy pralnią. Było to fajne doświadczenie. Na początku zajmowałam się bardzo podstawowymi zadaniami, ale nawet wtedy czułam się wyjątkowo, mając możliwość pracy z elektryką i wykonując typowo męskie prace. Okazało się, że mam do tego całkiem niezły dryg.

Opowiedz, proszę, jak wygląda Twój standardowy dzień na statku.

Dzień? Noc! (śmiech). Jeśli mamy projekt, zazwyczaj pracuję na nocnej zmianie – od 18:00 do 6:00. Zaczynam ją od meetingu z elektrykiem z poprzedniej zmiany, podczas którego przekazujemy sobie obowiązki. On opowiada, co się działo w trakcie dnia, wspólnie planujemy, czym będę się zajmować – czy trzeba dokończyć coś rozpoczętego, czy pojawiły się nowe zadania. Priorytetowo traktujemy awarie, które uniemożliwiają prowadzenie operacji lub projektu. Poza tym wykonuję prace prewencyjne, aby wszystkie systemy i urządzenia były w dobrym stanie. W ciągu 12-godzinnej zmiany mam dwie przerwy na kawę oraz lunch około północy.

Co w Twojej pracy wywołuje najwięcej stresu?

Wspomniane awarie. Najbardziej stresujące i niebezpieczne są te, gdy jesteśmy w trakcie danej operacji i znajdujemy się w odległości do 500 metrów od platformy lub drugiego statku. Wtedy trzeba reagować błyskawicznie, pojawia się myśli: Czy sobie poradzę? Ostatnią rzeczą, którą chciałabym zrobić, to budzić mojego zmiennika. Z jednej strony wszyscy patrzą mi na ręce, z drugiej – oferują wsparcie. Gdy wszystko udaje się opanować, pojawia się ogromna satysfakcja z sukcesu.

Na początku rozmowy przyznałaś, że zależało Ci na krótkich kontraktach. Ile trwa Twój?

Na początku pracowałam w systemie 2 tygodnie na statku, 2 tygodnie w domu, ale to było za krótko. Praktycznie mogłam walizki nie rozpakowywać. Teraz pracuję 6 tygodni na 6 tygodni i bardzo mi to odpowiada. Zdążę wykonać swoje obowiązki, pojechać gdzieś ze znajomymi, pozałatwiać różne sprawy.

Zdarzały się takie sytuacje, że w domu działo się coś ważnego, a Ty byłaś wówczas na statku?

Tak — choć nie mam tu na myśli koncertów czy wyjazdów z ekipą na narty, bo przyjemne wydarzenia łatwiej odpuścić. Natomiast w 2020 roku statek był na odstawce i niespodziewanie padła informacja, że jednak płyniemy do Murmańska na projekt. Planowano tam zmianę załogi, jednak wszystko się przeciągało i ostatecznie nastąpiła ona znacznie później, niż zakładano. W tym samym czasie moja siostra, z którą jestem bardzo zżyta, wyjeżdżała na rok do USA. To była nasza pierwsza tak długa rozłąka. Zaplanowano wielką imprezę pożegnalną, ale nie zdążyłam się z nią zobaczyć. Bardzo to wtedy przeżyłam.

Domyślam się, że spędzanie świąt z dala od rodziny również nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń.

Do tego akurat zdążyłam się przyzwyczaić. W zeszłym roku spędzałam święta na statku, w tym — w domu. Zmieniamy się co rok, więc jest sprawiedliwe. Święta na statku też nie są takie złe. Nasi kucharze stają na głowie, by nam to wynagrodzić.

Podczas 6-tygodniowego kontaktu masz możliwość zejścia na ląd?

Gdy pracuję na morzu, zazwyczaj nie wpływamy do portów. Natomiast jeśli tak się dzieje, to po pracy możemy na chwilę skoczyć do miasta. Przypomnę tylko, że mamy 12-godzinną przerwę, więc w tym czasie musimy się też wyspać, wykąpać, zjeść, więc na zwiedzanie nie mamy zbytnio przestrzeni. Największa szansa jest, kiedy schodzimy ze statku i mamy lot powrotny wieczorem albo następnego dnia. Można też poprosić o bilet z inną datą i wtedy we własnym zakresie zorganizować hotel oraz poświęcić czas na zwiedzanie.

Widziałam w mediach społecznościowych, że mimo napiętego grafiku starasz się ćwiczyć na statku.

Tak, czasami chodzę na siłownię albo ćwiczę jogę. Często gram z kolegami w piłkarzyki, które uwielbiam, lub ping-ponga. Poza tym na statku mamy minikino, popcorn, bar z napojami bezalkoholowymi, playstation, gry VR. Czasami załoga się zbiera, by grać w pokera. To są miłe aspekty, ale najważniejsza jest regeneracja i odpowiednia ilość snu.

Zobacz także: