Robert Gonera z czułością o kobietach swojego życia. "To one mnie ukształtowały"

blizejsiebie_gonera_screen1
Bliżej siebie: Robert Gonera
Źródło zdj. gł.: Dzień Dobry TVN
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
Robert Gonera, w rozmowie z cyklu „Bliżej siebie”, opowiedział o rodzinie, popularności, aktorstwie oraz pracy nad poczuciem własnej wartości. Aktor wrócił wspomnieniami do przełomowej roli w filmie "Dług" i czasu, kiedy widzowie zaczęli rozpoznawać go na ulicach. Mówił także o prawdziwej miłości, której doświadczył i wdzięczności wobec kobiet, które ukształtowały jego życie. Przyznał, że przez lata mierzył się z kompleksami, wewnętrzną presją oraz przekonaniem, że nie jest wart życia, które ma. Szczera rozmowa pokazuje Roberta Gonerę nie tylko jako cenionego artystę, ale także człowieka, który pomimo życiowych trudności odnalazł w sobie siłę i dzięki ciężkiej pracy nad sobą z wdzięcznością smakuje dziś życie, z dumą idąc własną drogą.

"Dług" zmienił jego życie. Robert Gonera długo nie potrafił się oswoić z popularnością

Jednym z najważniejszych momentów w zawodowym życiu Roberta Gonery była rola w filmie "Dług". Produkcja została bardzo dobrze przyjęta przez publiczność i krytyków, a aktor w 2000 roku otrzymał za nią Orła za najlepszą główną rolę męską. Do dziś uważa ten film za przełom w swojej karierze.

- Wewnętrznie bardzo przeżyłem film "Dług". Dostałem za niego nagrodę, co było dla mnie bardzo, bardzo ważne. To był film w jakiś sposób ważny dla widzów, a krytyka też go dobrze przyjęła, więc traktuję go jako taką cezurę – wyjaśnił.

Później przyszły kolejne propozycje, w tym role telewizyjne, które przyniosły mu dużą popularność. Mimo rozpoznawalności długo postrzegał siebie jako aktora niszowego. Towarzyszyła mu nieśmiałość wyniesiona z domu, dlatego z rezerwą podchodził do zainteresowania swoją osobą. Z czasem nauczył się jednak funkcjonować w sytuacjach publicznych i dostrzegać dobre strony popularności.

- Szalenie szanuję publiczność, to jest moja publiczność, więc staram się być zawsze w sytuacji publicznej "top". Dzisiaj mogę spokojnie smakować uroki tej popularności, bo to są zawsze akty miłe i kulturalne – podkreślił.

Znacznie trudniejsza pozostaje dla niego konfrontacja z samym sobą. Pierwszy seans z własnym udziałem był dla niego ogromnie stresującym doświadczeniem.

- Aktorzy są najbardziej okrutnymi widzami w stosunku do siebie. Pamiętam, że to było dla mnie nie do zniesienia. W ogóle szok, że jestem taki duży, bo te projekcje były w kinie - opowiadał, wspominając pierwszy raz, kiedy zobaczył się na ekranie. Dziś nie wraca regularnie do swoich ról i nie uważa się za własnego fana.

- Ciągle się czepiam, coś jest nie tak, więc wolę tego nie robić. Pozostawiam to oglądowi krytyki, która coraz bardziej jest dla mnie łaskawa – tłumaczył.

Robert Gonera - dzieci są jego największym autorytetem

Robert Gonera zaskoczył wyznaniem dotyczącym największego autorytetu. Zamiast wskazać znanego aktora, reżysera czy inną postać ze świata kultury, wymienił własne dzieci.

- Moim największym autorytetem są moje dzieci. Wiele się od nich uczę - przyznał. Postanowił odwrócić tradycyjną relację i nie skupiać się wyłącznie na tym, by samemu być wzorem dla potomstwa.

- Zamiast być dla nich autorytetem, postanowiłem potraktować ich jak autorytety i to dobrze robi - tłumaczył. Aktor czerpie dziś radość z obserwowania, jak jego pociechy dorastają, podejmują własne decyzje i szukają swojej drogi.

Robert Gonera o kobietach swojego życia

Wiele czułych słów aktor poświęcił kobietom swojego życia – Jolancie Fraszyńskiej i Karolinie Wolskiej. Mówiąc o Jolancie Fraszyńskiej, nazwał ją "wspaniałą miłością" z czasów studenckich i zaznaczył, że ich relacja była dla niego czymś autentycznym oraz niezwykle ważnym. Docenił też byłą żonę Karolinę Wolską za zaangażowanie w wychowanie ich dwóch synów.

- To nie jest tylko wdzięczność za potomstwo. To było coś niebywale ważnego i autentycznego - mówił o swoich relacjach. Doświadczenia rodzinne nauczyły go ogromnego szacunku do kobiet. Dopiero z perspektywy czasu w pełni zrozumiał ich wpływ na swoje życie.

- Wszystkie wspaniałe kobiety, które spotkałem na swojej drodze, począwszy od mamusi, praktycznie mnie ukształtowały - ocenił. Z dystansem zauważył, że zainteresowanie kobiet czasami prowadziło go na manowce.

- Wydawało mi się, że jestem taki super, a to nie ja byłem taki super, tylko one - uznał. Kluczowym słowem na obecnym etapie życia stała się dla niego wdzięczność. Aktor otwarcie przyznał, że bywał trudnym partnerem. Dziś chce przede wszystkim doceniać ludzi, którzy mu towarzyszyli, i budować relacje oparte na szacunku.

"Pamiętaj, synu, nic nie musisz". Robert Gonera szczerze o kompleksach

Ważnym życiowym mottem Roberta Gonery stały się słowa z filmu "Przypadek" Krzysztofa Kieślowskiego: "Pamiętaj, synu, nic nie musisz". Aktor obejrzał go jeszcze w czasach szkolnych, a usłyszane zdanie zapamiętał na wiele lat. Przez długi czas żył pod silną wewnętrzną presją i miał poczucie, że wciąż musi działać, pracować oraz spełniać kolejne oczekiwania.

- Miałem rozmaite ciśnienia wewnętrzne, które często mnie rozsadzały: muszę zrobić to, muszę zrobić tamto. To motto najbardziej zapadło mi w pamięć - wspominał. Z czasem zaczął świadomie usuwać słowo "muszę" ze swojego słownika. Nie była to wyłącznie językowa zmiana, ale element głębszej pracy nad sobą.

- Zupełnie innej urody staje się świat, kiedy nic nie musimy, a możemy i chcemy. Czas nas uczy pogody, w związku z tym teraz wolę chcieć - powiedział. Gdyby ponownie miał 20 lat, przede wszystkim mniej by się stresował i nie próbowałby tak szybko brać na siebie wszystkich obowiązków. W młodości bardzo wcześnie rozpoczął życie zawodowe, a w wieku 21 lat został ojcem.

Robert Gonera - jakie ma plany?

Jednym z najpoważniejszych wyzwań, z jakimi aktor mierzył się przez lata, było obniżone poczucie własnej wartości.

- Moja historia do tej pory to historia takich głębokich upadków, które wynikały ze złego myślenia: że nie jestem czegoś wart, że nie jestem wart tego życia, które mam - wyznał. Paradoksalnie to właśnie kompleksy stały się siłą napędową jego pracy artystycznej.

- Nie znam aktora, który by miał zawyżone poczucie własnej wartości. Większość z nich gdzieś tam wyszło na scenę, wyszło do filmu, do ról właśnie z jakichś drobnych słabości - zauważył. Nie miał poczucia, że sam talent wystarczy, dlatego każdą rolę traktował jak zadanie wymagające ogromnego przygotowania. Nauczył się także prowadzić ze sobą racjonalny, wewnętrzny dialog i sprawdzać, czy negatywne myśli rzeczywiście mają podstawy.

- Ktoś źle o tobie opowiedział? Nie. Coś źle zrobiłeś albo wykonałeś? Nie. No to czego się czepiasz? – tak opisał jedną ze swoich metod radzenia sobie z krytycznym głosem. W najtrudniejszych chwilach sięga również po modlitwę, choć sam określa ją jako nieudolną.

Przed sześćdziesiątką chciałby jeszcze zagrać znaczącą rolę filmową i wrócić do teatru. Marzy mu się dołączenie do zespołu, ponieważ przez dużą część kariery funkcjonował jako "samotny wilk".

- Mam nadzieję, że zostało mi jeszcze parę lat i chcę zdążyć podziękować światu za to, co mnie spotkało - podsumował.

Robert Gonera - spokój zamiast ciągłej walki

Artysta nie ukrywa, że jego droga do większego spokoju była długa i prowadziła przez kryzysy, nałogi, kompleksy oraz trudne emocje. Dziś coraz wyraźniej dostrzega wartość codzienności, wartościowych relacji i życzliwości wobec innych ludzi. Szczególnie wzrusza go dobro oraz postawa osób, które mimo choroby czy ciężkich doświadczeń nadal próbują żyć z uśmiechem i nadzieją. Sam także chce mniej skupiać się na sobie, by więcej dawać innym.

- Dzisiaj jestem ugruntowanym singlem z cudowną, małą paczką przyjaciół. Może na tej drodze ktoś się pojawi, kto nie będzie już musiał mi pomagać, tylko komu ja będę w stanie dać trochę tej dojrzałości i spokoju - skwitował.

Zobacz także:

 

Autorka/Autor: Magdalena Zasadni-Graczyk