Chłopak z bordowego domu, który pokochał piłkę nożną
Kazimierz Deyna dorastał w skromnej, religijnej rodzinie w Starogardzie Gdańskim. Ojciec pracował w miejscowej mleczarni, a młody Kazik już od najmłodszych lat spędzał każdą wolną chwilę z piłką. Na ulicy Lubichowskiej, przy słynnej ceglanej ścianie, rozgrywał swoje pierwsze "mecze" z kolegami z sąsiedztwa. To tam rodził się jego instynkt, technika i charakter, które później zachwycały cały świat.
- Myślał, myślał, on głową grał. Piłka nożna to jest gra błędów, kto mniej błędów popełnia, to wygrywa. I zawsze przewidywał parę ruchów. I miał takie wyczucie, jak on tę piłeczkę sobie puścił, to on zawsze do niej zdążył. Taki był od chłopca - powiedział Leon Syntek, sąsiad Kazimierza Deyny.
Trenerzy od początku zauważyli jego nieziemskie przyłożenie i zdolność przewidywania ruchów przeciwnika. W wieku jedenastu lat rozpoczął karierę w miejscowym Włókniarzu, a kilka lat później wyruszył do Warszawy, by zagrać w Legii. Tam jego talent rozbłysnął pełnym blaskiem.
- Kaziu był w jedenastce stulecia historii polskiej piłki nożnej. Jeden z najlepszych na środku pola rozgrywających, a przedtem był bardzo skuteczny - mówił Grzegorz Lato, były piłkarz.
- Do perfekcji miał opanowane wrzucenie tej piłki tak, że tą wewnętrzną częścią stopy wrzucał ją po prostu na nos. Do każdego treningu przygotowany. Jeden z wcześniej przychodzących piłkarzy na trening, na boisku wybierał taki moment podania, że przeciwnik był zaskoczony - wskazał Jan Tomaszewski, były piłkarz.
Geniusz z boiska i ofiara swoich czasów
Na początku lat 70. Kazimierz Deyna był jednym z najbardziej rozpoznawalnych piłkarzy świata. W 1972 roku zdobył tytuł króla strzelców na igrzyskach olimpijskich w Monachium, a dwa lata później poprowadził Polskę do trzeciego miejsca na mundialu w RFN. Jego brązowa piłka magazynu "Kicker" stanęła obok nagród Johana Cruyffa i Franza Beckenbauera – to mówi wszystko o jego klasie. Niestety, polityczne realia PRL-u nie pozwoliły mu na transfer do Realu Madryt, AC Milanu czy Bayernu Monachium. Władze nie chciały wypuścić swojego "skarbu narodowego".
- Jak się popatrzy na zdjęcia z Igrzysk Olimpijskich w Monachium, kiedy Polacy zdobyli złoty medal, a on tytuł króla strzelców, to grał właśnie w takich butach. I to jest zagadka, dlaczego on grał w polskich butach, których jakość jest, powiedziałbym, dyskusyjna, delikatnie mówiąc, a nie w adidasach, w których grali wszyscy wtedy - wskazał Stefan Szczepłek, komentator sportowy, historyk piłki nożnej.
W późniejszych latach próbował swoich sił w Manchesterze City i w Stanach Zjednoczonych, gdzie wystąpił nawet w filmie u boku Sylvestra Stallone’a. Niestety, życie na emigracji nie było łatwe - pojawiły się problemy osobiste i uzależnienie. W 1989 roku tragicznie zginął w wypadku samochodowym. Miał 41 lat.
Futbolowe wspomnienia Jacka Laskowskiego
Kazimierz Deyna był "bohaterem dzieciństwa" dla Jacka Laskowskiego, słynnego dziś komentatora sportowego.
- Jak patrzyłem na bramkę, jaką strzelił Włochom w 1974 roku, to ten obraz uruchamia we mnie wszystkie zmysły, wszystkie wspomnienia tak mocno zakorzenione w głowie, że ja pamiętam nawet zapach obiadu, który wtedy jedliśmy w domu, oglądając ten mecz - wspomina w Dzień Dobry TVN dziennikarz.
Piłka nożna od zawsze zajmowała w codzienności Jacka Laskowskiego istotne miejsce. Komentowanie sportowych rozgrywek było nie tylko realizacją prywatnego hobby, ale okazało się sposobem na życie w momencie, w którym rynek pracy był zbyt brutalny.
Mało kto bowiem pamięta, że zanim Laskowski trafił do telewizji, ukończył medycynę i był przekonany, że najbliższe lata spędzi na dyżurach w szpitalu jako chirurg. Los napisał jednak zupełnie inny scenariusz.
- Medycyna się ode mnie odwróciła, ponieważ w 1991 roku, kiedy skończyłem studia, nastąpił krach, jeśli chodzi o zatrudnienie w medycynie. (...) Wtedy musiałem poszukać jakiegoś innego rozwiązania. Po drugiej stronie ulicy Marszałkowskiej była budka telefoniczna, obok której przechodziłem. Zobaczyłem, czy w kieszeni mam stare 2 złote i wtedy zadzwoniłem do redakcji sportowej - mówi gość Dzień Dobry TVN.
W książce "Dawno temu na mundialu. Czyli jak odkrywałem Amerykę" dziennikarz wraca pamięcią do pierwszego wyjazdu na mundial w USA w 1994 roku i opowiada o dzieciństwie, pierwszych sportowych wzruszeniach, o Polsce początku lat 90. i o tym, jak jedno zdanie wypowiedziane przy obiedzie może po latach okazać się prorocze.
Zobacz także:
- Zbigniew Boniek o życiu prywatnym. "Rodzina to dobry motor napędowy, żeby rano wstać i pójść do pracy"
- Sport warto uprawiać nie tylko dla medali. "Porażki bardziej kształtują niż sukcesy"
- Robert Lewandowski odchodzi z FC Barcelony. "Misja jest ukończona"