Pielęgniarkę z problemami płucnymi skierowano do pracy z chorymi na COVID-19. Zmarła. "Kochała swoją pracę"

UWAGA! TVN/x-news
Pani Barbara zmagała się z chorobami przewlekłymi, miała grupę inwalidzką, mimo to skierowano ją do pracy w szpitalu, który zajmował się pacjentami z COVID-19. Pełna obaw stawiła się w wyznaczonym miejscu pracy. Po kilku dniach miała już koronawirusa. Historia pani Barbary została poruszona w reportażu magazynu UWAGA! TVN.

Mimo choroby płuc, pracowała w szpitalu covidowym

Na początku listopada panią Barbarę skierowano do pracy w mińskim szpitalu. Pielęgniarka, ze względu na choroby przewlekłe, miała duże obawy przed podjęciem nowego zdania. Zapewniano ją jednak, że będzie pracować w strefie czystej.

- Płakała już po pierwszym dyżurze. Mówiła: "Beacia, tu nie ma żadnej strefy czystej". Wirus nie rozróżnia kolorów, tym bardziej w szpitalu covidowym . Wpadłam w panikę, bo zdawałam sobie sprawę, że z obciążeniami mojej siostry, to może oznaczać jedno – wyrok – mówi Beata Marcola, siostra pani Barbary.

49-latka miała duże problemy płucne. - Z racji astmy i POChP, ponadto miała dosyć wysoki cukier . Nie czuła się dobrze, musiała często odpoczywać. Nie mogła intensywnie pracować na oddziale, no, bo kolidowałoby to z regulacją cukrów – podkreśla jej siostra.

Zaledwie tydzień później u pielęgniarki zdiagnozowano COVID-19. Od tej pory kobieta przebywała w domowej kwarantannie. - Siostra przesłała mi wynik testu o 21:08, a już o 22:21 była tak przerażona, że napisała mi wprost: "Beaciu, ale w razie czego mnie pochowasz?" – przywołuje siostra 49-latki.

Stan zdrowia nie pozwalał na ciężką pracę

Pani Barbara była wieloletnią pracownicą mińskiego szpitala. Jednak cztery lata temu, z powodu pogorszenia się stanu zdrowia, pielęgniarce odmówiono dalszej pracy na oddziale wewnętrznym i skierowano ją na dyżury szkolne.

- Moja siostra była osobą otyłą, schorowaną. Miała POChP, jest to ciężka choroba płuc, która objawia się dusznościami, do tego miała cukrzycę. I z powodu tej cukrzycy otrzymała stopień niepełnosprawności. Coraz gorzej się czuła – opowiada Marcola. I dodaje: - Poprosiła władze szpitala, prawdopodobnie swoją bezpośrednią przełożoną, o oddelegowanie jej do lżejszej pracy. I oddelegowano ją do medycyny szkolnej, pracowała w szkole z niepełnosprawnymi dziećmi . Walczyła o posadę, gdzie będzie mogła pracować 8 godzin, żeby nie pracować na noce.

Powrót do szpitala

Po wybuchu pandemii panią Barbarę ponownie skierowano do pracy w szpitalu. Decyzja o powrocie kobiety na oddział okazała się dla niej wyrokiem.

- Kiedy zachorowała, jedyne co mogłam zrobić, to zostawić jej potrzebne rzeczy na wycieraczce. Gdy któregoś razu dzwoniłam do niej, byłam mocno zaniepokojona . Miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Dlatego zdecydowałam się wezwać karetkę. Ambulans długo stał pod blokiem. Policjant zagadywał mnie, nie bardzo chciał, żebym tam szła, ale jak udało mi się wyrwać i dobiec do karetki, lekarz powiedział, że teraz jest już przytomna. Ale już nigdy więcej nie rozmawiałyśmy – ubolewa Marcola.

Pani Beata ma żal do dyrekcji szpitala i wojewody nadzorującego zatrudnienie. Zarówno szpital, jak i starostowie odmówili spotkania z nami. - Z tego, co mi wiadomo, sprawą zajmuje się prokuratura i do czasu zakończenia postępowania w tej sprawie, nikt tutaj nie jest upoważniony do zajęcia stanowiska – tłumaczy Iwona Warszawska-Lulko, sekretarz powiatu mińskiego.

Mariola Łodzińska z Naczelnej Izby Pielęgniarek podkreśla, że pani Barbara powinna pracować w miejscu, gdzie będzie miała zapewnione bezpieczeństwo związane z chorobami, na które się leczyła.

- W mojej ocenie należało dochować należytej staranności w delegowaniu kadry na oddziały, gdzie leczeni są pacjenci z koronawirusem. Na pracodawcy ciąży obowiązek zapewnienia bezpiecznych warunków pracy , w związku z czym przekroczony został próg dochowania należytej staranności.

- Władze szpitala znały moją siostrę i wiedziały, z jakim przypadkiem mamy do czynienia. Ponadto, uważałam, że legitymacja świadcząca o niepełnosprawności w jakiś sposób chroni człowieka – mówi pani Beata.

O sprawie narażenia siostry na utratę życia i zdrowia pani Beata zawiadomiła prokuraturę. Śledczy zdecydują o zabezpieczeniu dokumentacji oraz przesłuchaniach świadków . Sprawie przygląda się także Naczelna Izba Pielęgniarek.

- Dla mnie była bohaterką. Samotnie wychowywała syna, zmagała się z problemami, chorobą i starała się nie tracić pogody ducha. Kochała swoją pracę – kończy Marcola.

Zobacz wideo: Uwaga! TVN: Ma groźnego raka, ale wciąż przekładają jej operację. "Wychodzi na to, że jak nie mam Covidu, to mogę umrzeć"

UWAGA! TVN/x-news

Zobacz także:

Autor: Kamila Glińska

Źródło: UWAGA! TVN

podziel się:

Pozostałe wiadomości